I trzecią w nocy się sycę i wizaż foobara na zimę przemalowuję (screen tutaj). I Chmielewską poczytuję i głaszczę uszy basami Timbalanda… (”It’s too late to apologize… it’s too late…”).
I jeszcze deliberuję sobie nad wyższością Cresynów iRiverowych nad Sennheiserami MX350. A może tych Sennek nad Cresynami. Bo soprany mają całkiem miłe i przyjemne jak dla mnie, tylko bas, bas, gdzie bas… Bas powinien kopać przynajmniej, a tak serio to przytulać, żeby się ciepło robiło i dreszcz przechodził po plecach. Chyba zaraz sięgnę cichaczem po te AKG śpiącego współlokatora. Kto mi zbuduje porządny wzmacniacz słuchawkowy i sprezentuje na Gwiazdkę?
I leżę tak sobie spokojnie, z Thinkpadem na kolanach, tym z czasów, co to Lenovo składało, ale IBM się jeszcze do nich przyznawał, tym, który kilka dni temu z pomocą współlokatora od AKG-ów zleciał z całkiem wysokiego stołu na podłogę i nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia… i tak sobie właśnie leżę i prawie mi zupełnie dobrze. Jeszcze tylko chciałbym mieć dyplom w kieszeni i… (cd. kiedyś…)
Od samego przyjścia cztery godziny temu z pracy widzę “Upłynął limit czasu żądania.” przy próbie spingowania czegokolwiek poza akademikiem. Cóż, znów wrzucę posta kiedyś tam, zmieniając mu tylko timestampa…
W uszach “Running Up That Hill” Placków moich ukochanych, w koncertowej z Santiago (z EP’07). Mieszanka tego latania i ziarenka przepotwornej tęsknoty, które są w studyjnej, z rytmem perkusji, który jeszcze bardziej to wszystko podrywa… ech, trochę szkoda Steve’a Hewitta…