Jakby ktoś miał wątpliwości – tak, mój blog jest efemerydą. I na chwilę obecną nie widzę perspektyw na szybką zmianę tego stanu, bo pisać albo nie mam kiedy, albo po prostu nie mam czasu/siły.
Za dwadzieścia piąta. Mgła za oknem pustego mieszkania na Dąbrowie. Za dwie godziny powinienem być w pełni sił i w połowie konsumpcji śniadania.
Mój organizm w sumie nadal nie ma ochoty spać. Wstałem o 6.30, po powrocie z pracy i obiedzie padłem i zwlec udało mi się w okolicach 23. Rozsypany w drobny mak rytm dobowy przyda mi się już za chwilę – bądź co bądź za 48 godzin będę w pracy i będę miał jeszcze ponad godzinę do końca rozpoczętej godzinę przed północą zmiany (ot, jeden z dziesiątek niuansów związanych z moim stanowiskiem pracy – sylwestra nie ma). Pytanie tylko, w jakim stanie zwlokę się z łóżka za te niecałe dwie godziny, bo niestety nie mogę pozwolić sobie na przyjemność niewstania.
Gdzieś kiedyś czytałem, że nocnymi markami jest nie jakiś tam ułamek procenta populacji, ale pokaźna grupa. Ludzie (jak ja), dla których ósma rano w biurze to zbrodnia. Zło. Codzienne wstawanie między szóstą a siódmą rano jest dla nich po prostu gwałtem oraz – co istotne – ciosem w plecy, jeśli chodzi o wydajność. Mnie się naprawdę bardzo dobrze myśli i analizuje popołudniami, wieczorem, a nieraz i głęboką nocą, kiedy wszystko wokół cichnie i żadne szmery nie przeszkadzają. Gdy nie trzeba wstawać przed wschodem słońca, wlewać w siebie kawy dla możności jakiegokolwiek zebrania myśli, stać w porannych korkach w tramwaju po dobiegnięciu do niego z wywieszonym jęzorem i wkurzać się wieczorem na samą myśl, że spać mi się nijak nie chce, ale trzeba, bo jutro rano znów będzie to samo. I tu nasuwa się wniosek, że nastawienie praktycznie wszystkiego (biura, przemysł, urzędy…) na pracę od bladego świtu niekoniecznie jest sensownym i wydajnym rozwiązaniem. Z dziką radością przyjąłbym ofertę pracy, która niechby i zobowiązywała do spędzenia ośmiu godzin na dobę w biurze – ale nie określała sztywno i nieprzekraczalnie o której się te 8h ma zacząć. Punktualność nigdy moją mocną stroną nie była i jak do tej pory nic nie zdołało mnie w tej materii zreformować… Co gorsza, jakoś nie mam z tego tytułu wyrzutów sumienia. Jak nie przepadam za Dżemem, tak ciśnie się na usta “siódma rano to dla mnie noc” i… pewnie tak zostanie, choć aktualny pracodawca nie ustaje w próbie zreformowania mnie od tej strony. Czasem naprawdę kusi mnie freelancerka – przede wszystkim dlatego, że sam mógłbym sobie kształtować czas pracy…
Piąta dziesięć…


