..w czwartek przed południem. Nerwowym nieco telefonem o wodach. Potem w sumie nic szczególnego się nie działo.
W piątek nic szczególnego się nie działo.
W sobotę dla odmiany nie działo się nic szczególnego.
Jest niedziela. I nic szczególnego się nie dzieje.
I tak to od czterech dni żonę mam w szpitalu położniczym, a potomka coś nie widać… Tylko sobie wody płodowe ciekną wąską strużką. Cała sytuacja w sumie robi się zawieszona w stanie nieustalonym… Cóż, może jutro lekarze na wszelki wypadek podejmą decyzję o wspomożeniu całej akcji farmakologicznie, bo na dłuższą metę coś takiego korzystne nie jest, ale z drugiej strony przyśpieszać też nie można na siłę. A Wiola, jako mądra kobieta, krojona bez potrzeby być nie chce…
A Wy pomódlcie się, albo chociaż pokibicujcie, proszę:)
PS. Chodzenie po schodach mamy przećwiczone dokładnie, obiema klatkami od podziemi do poddasza…



na pewno będzie dobrze:) natura czasem płata figle:)ale ja trzymam kciuki z całych sił:) pozdrów Żonkę:)
komentarz - autor: terazona — 25 sie 2008, poniedziałek @ 7:42 |
Karolu, nie ma co się martwić, dobrze, że jest w szpitalu pod opieką…
komentarz - autor: Magdalena — 25 sie 2008, poniedziałek @ 23:04 |