BOŻEGO Narodzenia po pierwsze.
I po ostatnie.
Więcej nie trzeba.
24 gru 2007, poniedziałek
18 gru 2007, wtorek
Zima, dźwięki i trzecia w nocy
I trzecią w nocy się sycę i wizaż foobara na zimę przemalowuję (screen tutaj). I Chmielewską poczytuję i głaszczę uszy basami Timbalanda… (”It’s too late to apologize… it’s too late…”).
I jeszcze deliberuję sobie nad wyższością Cresynów iRiverowych nad Sennheiserami MX350. A może tych Sennek nad Cresynami. Bo soprany mają całkiem miłe i przyjemne jak dla mnie, tylko bas, bas, gdzie bas… Bas powinien kopać przynajmniej, a tak serio to przytulać, żeby się ciepło robiło i dreszcz przechodził po plecach. Chyba zaraz sięgnę cichaczem po te AKG śpiącego współlokatora. Kto mi zbuduje porządny wzmacniacz słuchawkowy i sprezentuje na Gwiazdkę?
I leżę tak sobie spokojnie, z Thinkpadem na kolanach, tym z czasów, co to Lenovo składało, ale IBM się jeszcze do nich przyznawał, tym, który kilka dni temu z pomocą współlokatora od AKG-ów zleciał z całkiem wysokiego stołu na podłogę i nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia… i tak sobie właśnie leżę i prawie mi zupełnie dobrze. Jeszcze tylko chciałbym mieć dyplom w kieszeni i… (cd. kiedyś…)
Od samego przyjścia cztery godziny temu z pracy widzę “Upłynął limit czasu żądania.” przy próbie spingowania czegokolwiek poza akademikiem. Cóż, znów wrzucę posta kiedyś tam, zmieniając mu tylko timestampa…
W uszach “Running Up That Hill” Placków moich ukochanych, w koncertowej z Santiago (z EP’07). Mieszanka tego latania i ziarenka przepotwornej tęsknoty, które są w studyjnej, z rytmem perkusji, który jeszcze bardziej to wszystko podrywa… ech, trochę szkoda Steve’a Hewitta…
15 gru 2007, sobota
3 AM
Trzecia w nocy mnie kocha.
Kocha miłością dziką, jak powiedziałaby Wiola.
Pojawia się codziennie. Raz powoli, stopniowo, raz niepostrzeżenie. Zawsze - czy jestem zmęczony czy wypoczęty, czy zajęty czymś ważnym czy pierdołami, zasłuchany w muzyce, zatopiony w lekturze, zagrzebany w konfigurowaniu czegoś albo programowaniu… Niezależnie od mojego humoru, stanu zdrowia, wreszcie - godziny, o której mam wstać. trzecia w nocy is here to stay.
A przecież ja jej w sumie wcale nie chciałem.
Cholera wstrętna.
10 gru 2007, poniedziałek
Westchnienie
I słowo daję, że gdyby tylko się dało, to chyba wskoczyłbym do tego zdjęcia.
Życzcie mi szybkiego i spokojnego zaśnięcia.
6 gru 2007, czwartek
Daysleeper’s calm(less)nesses
Trzecia dwadzieścia.
Taka idealna chyba pora na Daysleepera R.E.M. albo Moje miasto pani Peszek.
Miasto moje,
w tobie moje niepokoje…
Niepokój w ciele. Niewygodny, ale do zniesienia.
Bo spokój w sercu. Bo wizja sensu rosnąca, bo modlitwa nocna krótka może, ale prawdziwa na pewno.
Niepokój w kierunku południowo-wschodnim, jakieś niecałe pięć kilometrów stąd.
I ostatni, prozaiczny niepokój - jak ja za trzy godziny wstanę do roboty, skoro spać się nie chce.
Nie rozdrabniając mojej osoby na serce, ciało, duszę, umysł i nie wiem co jeszcze - moja osoba odwykła od spania w nocy i to jeszcze samemu. Nie lubi.
A w “Daysleeper” R.E.M. to się zasłuchuję w kółko od co najmniej paru tygodni. A o tej porze to ciary przy niej przechodzą.
2 gru 2007, niedziela
Bałaganiarz
Znowu mam wokół siebie bajzel. Bajzel jak okiem sięgnąć prawie. Gdzie w tym ja, gdzie Ty, gdzie On, gdzie My… Nie wiem. Nie wiem gdzie praca, studia, czas dla siebie samego. Refleksja. Zastanowienie. Spokój. Cisza. Książki, filmy, muzyka, znajomi, gazety, cała reszta świata.
Wyrywam ze świata po kawałeczku wszystkiego. Ciebie, nas, siebie, snu, wzruszenia z dźwięku w słuchawkach, spokoju porannej kawy z książką czy prasą.
I mam wokół siebie tylko skrawki. Które nie składają się w konkret. W komplet. W moje życie. W nasze życie.
Składają się w bałagan, w którym niczego konkretnego się nie znajdzie, bo niczego konkretnego nie ma.
Reset jakiś mi jest potrzebny. Nam potrzebny.
Z okazji Adwentu na przykład.
Drażnią mnie w tej chwili strasznie zapachy. I to bynajmniej niekoniecznie ten zapach z pizzerii na koszulce.
{Placebo - “Peeping Tom”}


