yoozeq w snapszotach

3 wrz 2007, poniedziałek

Genug

Kategoria wpisu: Bóg-wiara-kościół-Oaza, Codzienność, Przemyślenia — yoozeq @ 22:23

Szczerze mówiąc, to nie będzie do końca odpowiedź na to wszystko, co zostało powiedziane i do czego się nie odniosłem.
Szczerze mówiąc, nie do końca widzę sens tłumaczenia wam dalej racji moich i Wioli i tego, czym się kierujemy. Dlatego to będzie ostatnie słowo z mojej strony.

Widzimy w tym wszystkim Boga. Widzieliśmy od początku. M., może to Ci sie wydaje nie do pojęcia, że dwoje ludzie chce budować coś na Bogu a mają problemy z VI przykazaniem. Jeśli tak, to przyjmij do wiadomości, że to się zdarza. Że mamy we dwoje z Wiolą swoją prywatną wojnę z czymś, co bardzo głęboko zapuściło korzenie w naszych wnętrzach. Że nie da się jej wygrać jednym pociągnięciem i jednym postanowieniem. Że to jest cholernie długi i bolesny proces. Tak jak z twoją anoreksją. Że chcemy na tych polach, na których trzeba, uzdrawiać nasz związek. I że on nie składa się tylko z problemów z chemią i biologią. Bynajmniej.
Nikomu nigdy tak bardzo nie zaufałem. Przed nikim nigdy nie zdjąłem tylu masek. Nikt nie usłyszał tyle o mojej przeszłości, o tym co mnie kształtowało, o tym, czego się boję, czego wstydzę i czego nie znoszę. Z nikim wcześniej tyle się nie modliłem, nie spędzałem tyle czasu na klęczkach i nie prosiłem Go o opiekę nad tym, co jest między nami. Przy nikim wcześniej nie czułem się tak bardzo sobą, z nikim nie dzieliłem tylu emocji - tych wielkich i tych codziennych. Z nikim nie przeżywałem w taki sposób wzlotów i upadków. Z nikim nigdy nie rozmawiałem tak wiele, żeby móc rozumieć się bez słów. Nikogo nigdy tak wyraźnie nie widziałem oczyma duszy jako mojej żony i matki moich dzieci. Nikogo - jak jej.

Tak, podjąłem decyzję. I uważam ją za nieodwołalną. Decyzję o tym, że włożę cały wysiłek w to, żeby z nas trojga - Wioletty, mnie i Pana Boga - powstał zalążek jedności, małżeństwa i rodziny. Tej rodziny, o której poważnie myślimy. To nie jest tak, że ja postanowię ją kochać dopiero w dniu, gdy stanę z nią pod ołtarzem. Tam powiem to na głos przed całym światem. I przed Nim. Mierzi mnie (zaraz… nie mnie, nas oboje), gdy nastolatki wypisują “kocham cię misiaczku” w opisach na gg, kiedy sprawiają wrażenie, jakby byli z drugą osobą tylko po to, żeby móc pisać w necie o ogromie uczuć żywionych do swojego “kotka”, “pieseczka” czy kogo tam jeszcze chcecie. Albo w najlepszym razie, jakby to szumne zapewnianie, że się kochają, było ich pobożnym życzeniem.
Podjęliśmy decyzję. Oboje. Że będziemy razem i będziemy wzrastać i dojrzewać do miłości.
Mamy święte prawo traktować te dwa słowa niemal na równi z sakramentem. I zachować je na odpowiednią chwilę (tak, wiem, tak właśnie powinienem był traktować płciowość. Za późno, ale płakać z tego powodu więcej nie zamierzam, tylko żyć dalej). Owszem, czujemy do siebie mnóstwo i mówimy sobie, co czujemy. Wprost i otwarcie, szczerze i do końca. Ale miłość dla nas jest czymś obok uczuć albo wręcz ponad nimi. I pod wpływem uczuć, przywiązania, bliskości, radości i zauroczenia sobą (fizycznego także) nie mamy zamiaru sobie wyznawać miłości, bo oboje uważamy to za nadmierny pośpiech, nieporozumienie i pomylenie znaczeń. Jesteśmy sobą zauroczeni - to oczywiste. I oczywiste jest, że kiedyś nam to przejdzie. Ale do tego czasu mamy zamiar współdziałając z Nim na tyle poznać i zbliżyć się do siebie, żeby wtedy łączyło nas już coś zupełnie innego. Co też zresztą będzie owocować uczuciem wzajemnego zachwycenia raz na jakis czas.
Miłość rodzi się w nas. Powoli. Dajemy jej czas i warunki. Zaczęła rosnąć, ponieważ jej chcieliśmy, kiedy On zesłał nam jej zalążek. Przeszło dwa tygodnie były nam potrzebne w lutym i marcu, żeby zdecydować wspólnie o jej przyjęciu. Dwa trudne tygodnie, w czasie których mieliśmy wątpliwości i wielokrotnie prosiliśmy Go o natchnienie, wskazanie drogi i ukazanie, jaka jest Jego wola względem nas. I to wszystko mimo wcześniejszej czysto koleżeńskiej, czteromiesięcznej znajomości.
Rośnie i będzie rosła. I któregoś dnia będzie tak silna, żeby utrzymać nas oboje przez resztę życia.

***

Nie uważam, że mamy monopol na prawdę. Owszem - prawda jest jedna, ale nie jesteśmy wszyscy identyczni. I prawda w naszym życiu będzie owocować tym samym, ale będzie rosła w różnych warunkach, w różnych sercach i sumieniach. BTW - M., nie studiowałem teologii, jestem tylko prostym informatykiem i nie znam się dogłębnie na rodzajach sumień. I wybacz, będę kierował się własnym, dbając o to, żeby było na tyle zdrowe, na ile tylko się da. Ewentualnie pożycz mi własne, jeśli uważasz, że moje się nie nadaje.

Michalina, mam do Ciebie prośbę. Nie wypowiadaj się więcej publicznie na temat mojej seksualności. Jak każdy człowiek mam prawo do intymności i nie mam zamiaru się tutaj więcej nikomu z niczego spowiadać i tłumaczyć. A że tak się składa, że wszystko to dotyczy jeszcze innych osób (w tym Wioletty i Oli) to tym bardziej nie mam zamiaru prać tych brudów na oczach publiki. (Tak, tu mogłabyś mi wygarnąć, że teraz powinienem się skręcać, bo rykoszetami dostają inni a nie ja - otóż właśnie chcę, żeby nie dostawali). Fakt, że mam z tą sferą problem, jest bezsprzeczny. Jakoś nie wydaje mi się, żeby publiczne roztrząsanie moich upadków na tym polu oraz (szczególnie) mojej przeszłości, miało służyć komukolwiek i czemukolwiek. Jasne? Żądam i domagam się nierozbebeszania tego wszystkiego w sieci. Jak któreś z was będzie chciało powiedzieć mi coś w imię mojego czy czyjegokolwiek dobra, to niech zrobi to prywatnie. Strona kontakt jest tam gdzie zwykle.
Aha - zdanie o teoretyku było bardzo celne. Z ust mi je wyjęłaś.

Jeśli czegoś jeszcze tu nie wyjaśniłem, to już nie mam zamiaru wyjaśniać. Z mojej strony to jest koniec publicznej dyskusji na te tematy. Komentarze pod tym jednym postem wyłączam.

Brak komentarzy

Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Formularz komentarzy jest już niestety niedostępny.

Blog na WordPress.com.