Post ukaże się publicznie o szesnastej. Równo pół roku po rozmowie, w której oboje powiedzieliśmy sobie, że wyjdziemy naprzeciw temu, co się w nas rodzi… temu poczuciu, i przekonaniu, że może właśnie nie ona i ja, ale my…
Nie, Wiola nie zdobyła mnie ani wyglądem (choć mógłbym patrzeć na nią godzinami i nie miałbym dość) ani “przez żołądek” (choć przyznam - przywiązuje mnie tą metodą do siebie systematycznie i z widocznym w pasie skutkiem:P). Czym w takim razie? Tym, że w kwestiach podstawowych wyznaje bez zastanowienia dokładnie te same wartości, trzeźwym spojrzeniem na życie, ciepłem i ogromem zrozumienia. Oraz setką innych rzeczy.
Czy można czytać sobie w myślach? Okazuje się, że porozumiewanie bez słów wychodzi nam znakomicie - głównie dzięki… rozmowom. Nie było takiej rzeczy, o której nie potrafiłbym z nią rozmawiać. Zresztą jeszcze długo przed tym, nim zaświtała nam w głowie myśl o związku, potrafiliśmy przegadać noc. Już wtedy znajdowaliśmy w sobie wsparcie i zrozumienie. Powoli rosło wzajemne zaufanie - rzecz podstawowa moim zdaniem. Dziś nie muszę w żadnej sytuacji niczego udawać. Mogę mówić, co myślę i czuję, nie wstydzę się własnej osoby, czuję się pewnie i bezpiecznie. Czułem się pewnie i bezpiecznie nawet, kiedy leżałem niemal nieprzytomny po operacji szczęki, a ból rozrywał mi głowę. Bo była przy mnie. A przy opiekowała się mną tak troskliwie chyba, jak moja własna mama. Rozmawiała z lekarzami, latała po sklepach i aptekach, siedziała ze mną długie godziny, nawet wtedy kiedy spałem…
Jakimś niesamowitym darem chyba jest nasze współodczuwanie. Potrafimy w jednej chwili dojść niezależnie do tych samych wniosków, przypomnieć sobie tę samą rzecz, przeżywać te same emocje a nawet ból. Nasze uczucia i stany nie tylko przenikają się wzajemnie, ale wręcz czasem zdają się iść jednym torem obok siebie. Telemagia jakaś… Ostatnio nawet oboje topniejemy wewnętrznie na widok małych dzieci…
Wiola nie jest nudna. Ale jest przewidywalna. Potrafi zaskakiwać, ale nie kompletnie zbić z tropu i podawać w wątpliwość to, co kiedyś uznaliśmy za niezmiennik. Bycie z nią jest ciekawe, ale nie jest totalną huśtawką emocjonalną - na szczęście. I nie trzeba jej ratować przed całym światem. Bycie z nią nie jest dla mnie misją dziejową ocalenia jej, jestem z nią dla niej samej. Może dlatego mam tyle nadziei i rosnącej pewności, że nam się uda?
Wzbudza we mnie moc, siłę i motywację do samodoskonalenia. Nie próbuje zrobić ze mnie, ani widzieć we mnie kogoś, kim nie jestem. Nie próbuje mnie zmieniać na siłę. Ja jej zresztą też nie. Jeśli notorycznie zwracam jej uwagę w jednej sprawie (słownie jednej) to na jej wyraźną prośbę.
Czy my się kłócimy? W sumie nie zdążyliśmy ani razu… bo nim kończyło się kłótnią, wyjaśnialiśmy sobie wszystko. Miewaliśmy do siebie pretensje i to spore. Co nie przeszkadzało nam się porozumieć. Do dziś potrafimy przegadać noc. A ja nie rozumiem, co na dłuższą metę chcą osiągnąć pary, dla których narzędziem dyskusji i podkreślania swojej racji jest foch…
Aha - co ważne, Wiola dzieli ze mną moją pasję. Też gada żargonem i skrótami, potrafi przepartycjonować HD i przeinstalować sobie Windows, wiedziała, co kryje się za marką iRiver, ba… kiedy ją poznałem, używała Firefoksa i Konnekta, jak ja. Krzywi się na sam dźwięk słowa “Vista”. Chce pisać sobie szablony blogowe na DIVach i CSSie. Gadam po mojemu, a ona rozumie i to jest piękne. Moja krew - chciałoby się rzec:)
Te pół roku tylko utwierdziło nas w wyborze. Tak, jak codzienne nieraz msze, godziny wspólnej modlitwy… I niech - tak jak na początku i przez cały ten czas - czuwa nad nami Miłosierdzie i Łaska Jezusowa. Niech nas jednoczy, oczyszcza i błogosławi. Pomódlcie się czasem i za nas:)
Hmmm… pół roku:) I przekonanie, że to dopiero nasz początek:)
Wiola.
Moje szczęście.
Daj Boże - moja przyszłość, dorosłość i starość.
Moja najlepsza przyjaciółka.
Moja dziewczyna.
Jedno zdanie, które mi tu teraz pasuje: “dobrze, że jesteś…”