yoozeq w snapszotach

17 sie 2007, piątek

Zielono-żółto

Kategoria wpisu: Bóg-wiara-kościół-Oaza, Codzienność, Przemyślenia — yoozeq @ 8:19

W biurze jest duszno. Wewnątrz mnie jeszcze bardziej… (”Uwolniłeś potwora…”)

Prawdę powiedziawszy od jakichś dwóch tygodni jestem z duszą i ciałem na jakiejś gigantycznej huśtawce. I w tej chwili jestem tym ostatecznie zmęczony.

Z jednej strony dorosłość nadeszła poniekąd za szybko. Z koniecznością uporządkowania trybu życia, odpowiedzialnością, pracą…
Z drugiej strony jedna, jedyna, ostatnia sfera, w której nie mam szans na dojrzałość w najbliższym czasie.
Po raz kolejny pozostaje mi się podpisać pod wykładami Pawlukiewicza, zwłaszcza tym o mieszkaniu razem przed ślubem.

Brakuje mi w tym wszystkim porządku. Bo sam fakt wstawania dzień w dzień za pięć szósta sprawy nie załatwia.
I brakuje mi radykalizmu. Tego, na który tak łatwo się zdobywam w innych kwestiach, jak alkohol, uczestnictwo w Eucharystii…

Noża na gardle nie czuję. Nie mam mimo wszystko wrażenia, żebym musiał iść do spowiedzi. Ale chcę. Do ciszy, spokoju i bieli tęskni moja dusza, ciało, rozum i pamięć.

Co tu zrobić, żeby nie mieć stu dobrych, ambitnych pomysłów, które pójdą do kosza przy pierwszej nadarzającej się okazji, tylko jeden taki, który faktycznie wprowadzimy w życie?…

Liczba komentarzy: 21 »

  1. co tu zrobić?
    chcieć naprawdę, bo chcieć to móc. i nie ma przebacz.
    ale co ja mogę wiedzieć…
    doradzałam nie jeden raz pewną stronę i wysłuchanie czegoś. wprowadzenie w życie zapewne wiele daje.
    życzę powodzenia i pozdrawiam!

    Komentarz autor anilahciM — 17 sie 2007, piątek @ 23:59

  2. tak, pewnie nie powinnam się odzywać, co? ostatecznie to w najmniejszym nawet stopniu nie jest moja sprawa. ale ja tylko dwa słowa, mam nadzieję, że się nie obrazisz.
    co tu zrobić. Michalina napisała: chcieć naprawdę.
    chyba oboje zdajemy sobie sprawę, że trochę Cię jednak znam i trochę wiem, jak działasz. masa dobrych chęci, tylko gdzieś masz kłopoty z realizacją. wierz lub nie, ale ja mam Cię nadal za dobrego człowieka i naprawdę nie wiem o co chodzi, dlaczego w tym jednym tak cholernie sobie nie radzisz. [i kto to mówi, co?:)]
    facet, weź się w garść! bo widzisz, naprawdę już mi nie chodzi o Ciebie, chcesz sobie niszczyć życie, to proszę. ale Ty masz kobietę pod opieką. kobietę, którą kochasz podobno, si? robisz jej straszną krzywdę [wiesz dobrze, że wiem o czym mówię], a jesteś za nią odpowiedzialny. wystarczy trochę silnej woli. da się. ostatecznie jesteś dorosły, żeby nie powiedzieć stary, i stać Cię chyba na zachowanie godne dorosłego faceta.
    tak tak, przepraszam, ale już od dłuższego czasu nie mogę jakoś przechodzić obojętnie obok tego co tu czytam.
    jeśli to brzmi moralizatorsko to tym bardziej przepraszam, nie chciałam. ogólnie możesz to skasować po przeczytaniu i tyle.

    pozdrawiam Ciebie i W.
    powodzenia:)

    Komentarz autor virginsuicide — 28 sie 2007, wtorek @ 1:22

  3. Po zerowe: miło cię słyszeć (tzn. czytać) :)
    Po pierwsze: nikt nie powiedział, że masz się nie odzywać… Funkcję komentarzy mam włączoną po to, żeby się każdy - czyli Ty też - mógł wypowiedzieć. Na stronie “O blogu” pisałem coś o kasowaniu czy zmienianiu komentarzy.
    Miło słyszeć, że nadal masz mnie za dobrego człowieka:) Nie muszę chyba mówić, że nie chcę niszczyć życia sobie ani tym bardziej tej, na której mi tak bardzo zależy. Wiesz, ja nie jestem idealny. To jest akurat jeden z moich najsłabszych - jak do tej pory punktów. Wieczna wojna, nieustanne podnoszenie się i zaczynanie od zera. Nie wiesz, czemu tak jest? Myślę, że wiesz… wystarczająco dużo Ci opowiedziałem o sobie i wielu latach przetrącania sobie kręgosłupa. I wystarczająco dobrze mnie znasz, żeby mieć świadomość, jak działa na mnie suma wszystkich moich doświadczeń. A czy ja sobie nie radzę? Efekty ostatnio były średnie, ale nie poddaję się i nie zamierzam za nic w świecie. A mógłbym - tak przecież byłoby “łatwiej”, “prościej”, a wielu ludzi jeszcze powiedziałoby, że zdrowiej.

    “kobietę, którą kochasz podobno” - dla ścisłości: nigdy tego nie powiedziałem i nie napisałem. I ona wie, że to dlatego, że to ma nie być “podobno” i “chyba”. I że usłyszy to ode mnie, kiedy naprawdę będę mógł to powiedzieć z całym przekonaniem. Kochać to ja się dopiero uczę i jeszcze potrwa lata, nim odważę się to powiedzieć. Nie chcę popełnić tu błędu, który popełniłem przy Tobie…

    Czy brzmisz moralizatorsko? Może trochę, ale w tym konkretnym wypadku jak mało kto masz do tego prawo, bo - jak sama stwierdziłaś - wiesz o czym mówisz. I nie mam cienia pretensji do Ciebie. Masz w końcu rację, więc z faktami dyskutować nie zamierzam. Dziękuję za troskę - w imieniu nas obojga. Wiola po przeczytaniu Twojego komentarza stwierdziła, że ma ochotę Cię przytulić…:)
    I was z M. też pozdrawiam i życzę powodzenia:)

    Komentarz autor yoozeq — 28 sie 2007, wtorek @ 20:58

  4. Chcesz powiedzieć, że jesteś z dziewczyną pół roku, nie tylko z nią sypiasz, ale jeszcze się z nią całujesz, ale nie mówisz, że ją kochasz? Wybacz, nie chcę mówić jakbym był w czymś lepszy i tak, jak mówiłem w sprawie naleśników, w ogóle nie powinienem się wypowiadać, ale Ola była tu pierwsza. I powiedziała wszystko bardzo mądrze. Więc ja tylko dodam od siebie, si?

    Więc chciałem powiedzieć, że chyba pomyliłeś kolejność. To znaczy ja nie wiem, tylko ja to tak odbieram. Więc ja to tak odbieram, że miłość jest najpierw. Że jeśli patrzysz na jakąś osobę, która Ci się podoba, do której chciałbyś się zbliżyć, masz obowiązek najpierw ją pokochać. Tak, najpierw masz obowiązek spojrzeć na nią, jak na człowieka, którego od tej pory będziesz obejmował opieką, której się oddasz, której nigdy, przenigdy postarasz się nie skrzywdzić. Nie ważne, czy będziecie ze sobą dożywotnio. Czy okaże się ona kimś, kto w ogóle nic nie będzie znaczył w Twoim życiu. No, ale jeśli już oboje zdecydujecie się na związek, należy pokochać tak prawdziwie, raz na zawsze. Tak, jakby już nikt nigdy, tylko ona miała być Twoją żoną. Jedyną.

    Tak naprawdę nie musisz kochać, by stawać się odpowiedzialnym za drugą osobę. Tak naprawdę jesteś za nią odpowiedzialny od wejścia. Od spotkania. Właśnie do tego potrzebna jest miłość. Żeby wiedzieć, że jesteś odpowiedzialny. I że każdy twój nierozważny ruch może spowodować w tej osobie głęboką, niezaleczalną ranę. Bo prawda jest taka, że masz największe prawo do ranienia samego siebie. Do niszczenia siebie samego. Do doprowadzania siebie do potępienia. Ale nie masz prawa wciągać w to swojej dziewczyny.

    Kiedyś, dawno temu, zastanawiałem się nad całowaniem. Czy całowanie jest grzechem. To znaczy wiecie, takie całowanie że przed ślubem. No bo są koncepcje, że owszem. Ale wówczas doszedłem do wniosku, że nie. Nie, całowanie nie jest grzechem. Całowanie jest dobre, jest zarezerwowane dla osób, które się darzą wzajemną miłością. Tak. Tylko wtedy całowanie nie jest złe. Kiedy kocham osobę, którą całuję. I kiedy chcę dla niej jak najlepiej.

    Czy tu jest mowa tylko o całowaniu?

    Miłość jest z kolei naturalną możliwością człowieka. Każdy potrafi kochać. Nie idealnie, nie miłością Chrystusa, nie taką zawsze, jak ją św. Paweł napisał. Miłość jest decyzją. I można ją podjąć spontanicznie. Tak po prostu, bo się chce na przykład być z kimś innym. I myśli się o tym kimś poważnie. Więc bierze się za niego odpowiedzialność. Więc się decyduje o kochaniu. I w miłości można się polepszać, już kochając. A ktoś, kto powie mi kiedyś, że tak, że już umie i że już się nauczył, i że już może zacząć, to tak naprawdę wcale nie będzie umiał. Bo miłość nie jest umiejętnością. Nie jest jakimś skillem. Jest zwykłym aktem woli, na podstawie którego postanawiamy, że będziemy się troszczyć o drugą osobę bez względu na wszystko.

    I owszem. Jest nieodwołalna. I jest jedynym prawdziwym dowodem na to, że człowiek już nie jest dzieckiem. Że jest dorosły.

    Więc czego się boimy?

    To mówiłem ja, Jarząbek.

    Komentarz autor Mateusz — 29 sie 2007, środa @ 2:32

  5. Po prostu muszę się odezwać!
    Bo cholera, ciosacie kołki na głowie Karolowi i zapominacie, że ja też dużo w tej sprawie zawiniłam.
    Związek to przecież jest wspólnota dwóch osób, więc jeśli coś nie idzie tak jak to na początku założyliśmy to wina jest zarówno po jednej i po drugiej stronie, prawda? Ja uważam, że jeśli już tworze z kimś związek, to jesteśmy za siebie i to co się miedzy nami dzieje współodpowiedzialni i nie ma “to jest Twoja wina, a to stało się przeze mnie”
    Oczywiście oboje piszecie bardzo mądrze i ze zdaniem Oli w tym temacie na pewno będę się liczyła, bo przecież, Ty Olu znasz Karola dużo lepiej ode mnie i przede wszystkim dłużej.
    Niestety nie znam Pisma Świętego tak dobrze jak Wy i zgadzam się ze św. Pawłem.Tak, miłość jest decyzją. I My już podjęliśmy tą decyzje. Wiemy, że chcemy być razem, mamy wspólne plany wykraczające daleko w przyszłość. I jesteśmy pewni, czasem mam wrażenie, że nawet za bardzo, że jesteśmy tylko dla siebie. Zresztą jak myślę o tym, to coś musi być w tym, że Ktoś, tam na Górze, już drugi raz postawił na mojej drodze Karola, prawda.
    A co do tego, że nie mówimy sobie tych dwóch słów, to wyobraźcie sobie, że my chyba tego nie potrzebujemy.

    Komentarz autor Fiolka — 29 sie 2007, środa @ 22:17

  6. Nie zdziwiłbym się, gdyby ostatnie zdanie Wioletty wywołało burzę oraz ciąg dalszy udowadniania nam, że się mylimy, pokręciliśmy kolejność i ogólnie się na tym nie znamy. A nie mam zamiaru dopuścić do takiej dyskusji, bo to byłoby bezcelowe.
    Tak, sypiam przy niej, całuję się z nią, zdarzało nam się mieszkać np. tydzień razem i nie mówię, że ją kocham. Bo nie chodzi o mówienie.
    Wiesz, Mateusz, przykładając swoją miarę do was, mógłbym powiedzieć, że to Wy się mylicie. Że powtarzane przez Mateusza wszędzie w Sieci “kocham Cię” to nie rzeczywistość, tylko pobożne życzenie was obojga. Że wyciągnąłem wnioski z błędów przeszłości, a on nie. Ale nie ośmielę się wysunąć takiego stwierdzenia. To jest wasz związek, nie będę go oceniał, nie będę go mierzył swoją miarą i swoim postrzeganiem świata - was (a w zasadzie Ciebie, bo Ola się do takich ocen nie posunęła) proszę o to samo.
    Jak już napisała Wiola, podjęliśmy decyzję. Świadomie. Chcemy podjąć współpracę z Bogiem i się pokochać. Wiemy, co za tym idzie, wybraliśmy drogę, trzymamy się jej. I mam nadzieję, że zaprowadzi nas pod ołtarz, do początku zupełnie nowego rozdziału w życiu. Traktujemy to, co się między nami dzieje, jak najbardziej poważnie. I chcemy w tym Boga. Chcemy, żeby On był trzecią (oraz - co logiczne - czwartą i piątą:)) osobą w naszym związku. A skoro On jest Miłością, to mówienie o miłości wymaga pewnego zastanowienia. W końcu “nie będziesz brał imienia Pana nadaremno”.
    Wiesz, zdaje mi się, że z tą naszą miłością jest jak z dzieckiem, rozwijającym się w łonie matki. Owszem, wiemy, że jest, wiemy, że żyje. Po kilku miesiącach ma wyraźny nos, oczka, ręce, nogi, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wygoniłby go od razu na świat zewnętrzny. Po prostu jeszcze nie pora. Potrzeba czasu - na wzrost, na kształtowanie się, na nabranie sił i sprawności. Potrzeba dbałości, delikatności, troski i głaskania rosnącego brzucha. Chcemy zbudować między sobą coś prawdziwego i dojrzałego. I dopiero potem nazwać to imieniem nieomal Bożym i stanąć z tym przed Nim, prosząc o błogosławieństwo na dalsze wspólne życie w Nim. Do tego budowania, otwierania się na siebie, poznawania, akceptowania, odkrywania Boga w tej drugiej osobie potrzeba znacznie więcej, niż parę miesięcy.
    Nie jest wykluczone, że miłość wyznamy sobie dopiero pod ołtarzem, przysięgając ją sobie na wieki. I nich nikt nam nie mówi, że nie mamy prawa zrobić tego w takiej kolejności, jeśli oboje tego chcemy i taką drogę uważamy za właściwą. Wiecie, na samym początku obiecałem Wioli, że jeśli ją pokocham, to tę miłość najpierw udowodnię jej swoim życiem. Tak, żeby, gdy już padną te dwa słowa, ona mogła się ciepło uśmiechnąć i powiedzieć “wiem, przecież widzę…”. Rośnie we mnie przekonanie, że “kocham Cię” w związku kobiety i mężczyzny nie znaczy “wyjdź za mnie”… tylko o wiele, wiele więcej. A chcę być odpowiedzialny za słowa, skoro wymaga się ode mnie dojrzałości.

    Mam nadzieję, że racja leży po obu stronach, choć wydawałoby się to niemożliwe. I że sprawa sprowadza się do naszych doświadczeń i potrzeb po prostu… Albo miłością nazywacie to, co dla nas jest dopiero procesem jej kształtowania się. Procesem, który Pan Bóg może przerwać, jeśli zapragnie. I za rok postawić nam na drodze kogoś zupełnie innego. Czułbyś się szczery, mówiąc w takiej sytuacji znów “kocham”?… Bo ja nie.

    Komentarz autor yoozeq — 29 sie 2007, środa @ 23:12

  7. No i właśnie dlatego pisałem, że nie powinienem się wtrącać. Ale przynajmniej jest ciekawie :).

    Miłość jest jedna, ale każdy ma prawo podchodzić do niej na inny sposób. I okej, moja niegdysiejsza dziewczyna również najpierw mówiła, że kocha, a potem mówiła, że tego nie wie. Że mimo wszystko chce być ze mną, choć nie wie czy mnie kocha. Nadal uważam, że miłość nie jest wiedzą. Jest wolą. I że nie można sobie robić takich jaj, że się planuje bycie ze sobą na dobre i złe, a nie wie się, czy się siebie kocha. Ale owszem, owszem, to jest indywidualne podejście. I ja mogę na to patrzeć inaczej niż Wy, a Wy inaczej niż ja.

    Tylko, powtórzę może trochę zbyt brutalnie, i mam nadzieję, że się nie obrazisz: łapy przy sobie! Jeśli nie potrafisz powiedzieć, że kochasz, jeśli nie potrafisz obiecać, że nie odejdziesz, jeśli nie potrafisz zaangażować się do końca, bez otwartych furtek, nie masz żadnego prawa sięgać po to, co nie należy do Ciebie. I tak, prawda jest taka, że i Wiola ma w tym swoją winę. Zresztą co ja mogę wiedzieć, przecież znam Was o tyle, o ile czytam na blogu. Tylko ja zawsze, zawsze wychodzę z założenia, że jeśli chodzi o sferę seksualności, to laska jest bardziej naiwna. I bardziej nastawiona na ciepło i bliskość. I dlatego, przepraszam wszelkie feministki, niemal cała odpowiedzialność leży po stronie faceta. Facet wie, albo może się domyślić, ile dziewczyn po drodze już zniszczył, nie dając miłości, a odbierając intymność. Chociaż oczywiście, dziewczyna może, wręcz powinna powiedzieć stop. Ale prawda jest taka, że jeśli nie powie, odpowiedzialność faceta wcale się nie zmniejsza.

    Jeśli wydaje Ci się, że nie mówienie “kocham” jest wyciągnięciem wniosków z błędów przeszłości, to ja Ci przyznam rację. Si. Dlaczego? Bo idziesz na łatwiznę, jak sądzę. Teraz już nie tylko sięgasz po coś, co jest nie Twoje. Teraz również pozwalasz sobie na w tył zwrot, jeśli to coś Ci się znudzi. Oczywiście, ja nie twierdzę, że Ci się znudzi. Może kiedyś weźmiesz ślub z Wiolą i będziecie szczęśliwi, pieszcząc gromadkę dzieciaczków. Ale cóż, pozwalasz sobie na to, że mogłoby Ci się znudzić.

    I okej, i możesz sobie pozwalać. Jasna sprawa. Tylko, jak już mówiłem, łapy przy sobie.

    I na koniec, ostatni akapit. Ja jeszcze nigdy, gdy zaczynałem spotykać się z dziewczyną, i gdy postanawiałem ją pokochać, nie zastanawiałem się nad tym, że Pan Bóg mógłby mi postawić kogoś innego na drodze. Każda moja deklaracja miłości była od dziś na zawsze. Za każdym razem wychodziło trochę inaczej. Ale nie zdarzyło mi się nigdy spotkać nikogo, kto stanął mi nagle na drodze, jakaś Doda Elektroda, i zawróciła mi w głowie, więc ja sobie mówię, że ojej, ją to dopiero kocham, a tamtej nie kochałem. Nie, bo widzisz, ja sobie nie daję takiego pozwolenia. Widzisz, tak jak napisała Ola na swoim blogu, a Ty to zapewne już czytałeś: “i tak, pewnie jeśli będę zakładała, że mogę w Warszawie spotkać nieziemsko przystojnego wysokiego bruneta, z gitarą, mrocznym spojrzeniem i pewnie równie mroczną całą resztą [bo tacy najbardziej mroczni najbardziej uzależniają, i najłatwiej na nich polecieć, w sytuacji, kiedy się nie powinno], to pewnie go spotkam i pewnie cały ten scenariusz się sprawdzi. tylko że to nie będzie żadne przeznaczenie. żaden Księciunio, który się nagle pojawił i och co za historia. to tylko ja sama.” Nie. Bóg nie postawi mi za rok na drodze kogoś lepszego. Bo od Oli nie ma lepszych. To teraz to nie jest jakaś deklaracja świrusa zakochanego. Po prostu postanowiłem, że kocham. I zamknąłem furtkę. Spaliłem mosty. A jeśli Ola się wycofa, scenariusz który już mi się parokrotnie w życiu zdarzył, jeśli okaże się, że jest tak samo niezdecydowana, jak moje poprzednie, to być może oddam moją miłość komuś innemu. I absolutnie nie poczuję się nieszczery.

    A mimo tego, cóż, mimo tego wszystkiego trzymam łapki przy sobie…

    Komentarz autor Mateusz — 30 sie 2007, czwartek @ 2:16

  8. Mateuszu, tu chodzi tylko o to, że każdy z nas (myślę tu o naszej czwórce, więc o obu parach)inaczej patrzy na związek. Co innego lubi słyszeć,a co innego.. hmmm.. robić (że tak się wyrażę).

    Teraz się uzewnętrznię, co zapewne nie przyjdzie mi łatwo, kto wie może pociekną mi łzy.
    Dlaczego Karol nie mówi mi, że mnie kocha? Bo po pierwsze nie musi, po drugie ja tego nie potrzebuje słyszeć, po trzecie ja nie chcę słuchać tego wciąż i w kółko.. I nie boję się, że mi sie to znudzi, bo kobietom najczęściej te słowa się nie znudzą, tylko boję się o to, że będzie tak jak z innym człowiekiem, który powtarzał mi to ciągle i co? I już go przymnie nie ma. Ma “szczęśliwą” rodzinę, żonę, wychowuje nie swoją córkę i spodziewa się kolejnego dziecka. Czy mogę powiedzieć, że go kochałam? Nie, nie mogę! Dlaczego? Bo dla mnie słowo “kocham” nie ma czasu przeszłego. Albo kogoś kocham teraz i zawsze, albo kogoś nie kocham i już. Krzyśka kocham wciąż i nie zmiennie, jak starszego brata, którego nigdy nie miałam. Nie wyszło nam i tyle. A te dwa słowa są i zawsze będą dla mnie specjalne. I nie chcę tego używać do opisania tego, co jest jeszcze niedoskonałe i”nie umie jeszcze chodzić” :) Oczywiście dokonaliśmy już wyboru, podjęliśmy już decyzję, której już żadne z nas nie zmieni.

    Czy nie mówiąc sobie, że się kochamy idziemy na łatwiznę? Nie powiedziałabym. Piszesz, że pozamykałeś wszystkie furtki i spaliłeś za sobą mosty. I bardzo ładnie. Dodam od siebie, że.. my też. Tak, jak pisze Ola w jednym ze swoich wpisów, nie można dopuścić do siebie myśli, że się nie uda, bo się nie uda. I ani my, ani Wy tego nie zakładamy. Tak, jak Wy zapewne mamy marzenia, podejrzewam, że bardzo podobne.

    Masz bardzo mądrą dziewczynę, wiesz?

    I to by było na tyle. Pozdrawiam Was oboje bardzo gorąco, a nawet podwójnie, bo wczoraj oczywiście zapomniałam (burak ze mnie nieziemski :/). Trzymajcie się mocno i kochajcie na swój sposób. :)

    Komentarz autor Fiolka — 30 sie 2007, czwartek @ 12:41

  9. Wiesz, nieszczere dla mnie byłoby użycie słowa “kocham” do wyrażenia tego, że “postanawiam pokochać”. I nie będę już nic więcej dodawał. Wiola powiedziała wystarczająco dużo. Nie masz obowiązku nas rozumieć, tylko pozwól nam żyć tak, jak podpowiada nam sumienie i jak uważamy za słuszne. I może w bardziej stonowany sposób wypowiadaj się na temat naszego życia, skoro żadnego z nas nigdy nie widziałeś na oczy. Tylko tyle powiem, bo nie mam zamiaru wprost ripostować tego parokrotnego “łapy przy sobie” w adekwatnym tonie. Niesympatycznie by się zrobiło.

    Tak na marginesie zdanie “Bóg nie postawi mi za rok na drodze kogoś lepszego” brzmi dla mnie jak podejmowanie decyzji za Niego oraz przeciwieństwo pokory. Bo nie wiesz, co zrobi z Twoim życiem choćby jutro. Niezbadane są…

    Tak czy siak powodzenia. Zostań z Bogiem.

    Komentarz autor yoozeq — 30 sie 2007, czwartek @ 18:45

  10. oj Karol(na początku zachęcę Cię do wysłuchania tego o czym Ci trułam - wiesz gdzie szukać, proponuję posłuchać w towarzystwie Wioli)… akurat jeśli chodzi o słowa “łapy przy sobie” to niezależnie od tego co myśli Wiola na ten temat - ja się podpisuję pod zdaniem Mateusza ręką prawą raz jeden a lewą dwukrotnie!
    znając spory kawałek Twojej historii, jeśli mi ją szczerze i prawdziwie przedstawiałeś - w co nie wątpię….ciągle ten sam błąd. zmieniają się może osoby. może to jest tak, że nie tylko ja, ale i Ty miałeś za krótką terapię? mam wrażenie - czytając Ciebie, że pewne rzeczy do Ciebie nie docierają, że masz klapki na oczach. klapki, na które składa się historia - Twoja własna. mądre słowa pewnego kapłana - “cokolwiek się dzieje, jakiekolwiek są doświadczenia - patrzeć na siebie, gdy widzisz konsekwencje czegokolwiek w życiu”.
    zdanie “łapy przy sobie” nie jest głupie. nie dojrzałeś na tym poletku, i nie dojrzejesz, smutny wniosek, bo nic nie zmieniasz. “chcieć naprawdę”. to znaczy zmienić to co pieprzysz od tylu lat. bo na razie to stwarzasz sobie i różnym kobietom(nie bez ich woli - to fakt) podwaliny pod problemy w życiu małżeńskim.
    cóż - znów się zgodzę z Mateuszem… moja teologia, jego seminarium(?)… podejście, że może Pan Bóg postawi mi na drodze kogoś za rok… soryyy. a skoro masz takie myśli - to tym bardziej celibat - w tym i chyba po pierwsze - celibat miłości!jeżeli zakładasz coś takiego, jeżeli zakładacie, to znaczy, że tak naprawdę nie podjęliście decyzji Wiolu, i nie dokonaliście wyboru. a brniecie za daleko, nie należąc do siebie w Bogu.
    Karol - to nie jest tak, że może Pan Bóg Ci/Wam kogoś na drodze postawi. Bóg tak nie działa. to wiemy w katolickiej wierze. pytanie czy będziemy chcięli i potrafili przyjąć…. Pan Bóg nosa nie wtyka w te sprawy. jeśli faktycznie postawi Ci na drodze kogoś - za rok, to nie dlatego, że to nie z Wiolą miałeś związać życie, mimo “pchania łap tam gdzie nie Twoje”, tylko zweryfikować Twoje decyzje, wybory, postawy. w tym wybór - Jego w Twoim życiu. to jest właśnie wolna wola. to jest Twój wybór. to nie jest tak, że nagle nam Pan Bóg robi kindersiurprajsa. stawia kogoś nowego, innego, wyjątkowsiejszego. nie. to Ty/ja/oni decydują, że to jednak z tym kimś chcą coś budować. nie Pan Bóg. Pan Bóg mówi wyraźnie o jednej kobiecie i jednym mężczyźnie na wzór Chrystusa i Kościoła. małżeństwo - owszem. ale nie tylko o to chodzi. wiesz dobrze co Pismo Święte mówi nt czystości choćby. nie należycie do siebie. jesteście tylko ludźmi. racja. wszystko to racja.
    “zgodnie z własnym sumieniem” powiadasz i też masz rację. tylko nie wiem czy wiesz ile jest rodz sumienia. jak czytam Twoje wpisy dotyczące kwestii seksualności, to mam wrażenie - wybacz, że krzywdą dla Ciebie jest świadomość tego, że możesz iść do konfesjonału i że ktoś Ci odpuka. myślę, że nie zrozumiesz mnie źle, że na tyle znasz pokręctwo moich myśli, wypowiedzi.
    chodzi o to, że jesteś w błędzie. to jest swego rodzaju gówno, które owijasz w ładny papierek.
    pozdrawiam!
    Bóg nic nie zrobi z Twoim życiem jutro. jutro… może co najwyżej Cię odwoła z tego świata. Krtzyż… wolność… miłość…. szaleństwo. i Sąd Ostateczny.

    Komentarz autor Michalina — 31 sie 2007, piątek @ 0:09

  11. “jeżeli zakładasz coś takiego” - do ciężkiej choroby, nie zakładam . I tak z moich słów da się ułożyć dowód pod Twoją tezę i dlatego coraz bardziej mam wrażenie, że cała ta dyskusja w formie pisanej traci sens. Może jakbyśmy się spotkali i porozmawiali, to przynajmniej doszlibyśmy do czegoś, choćby do zrozumienia, co naprawdę każde z nas ma na myśli, mówiąc to, co mówi. Dość zresztą. Dyskusja o miłości - OK, ale w imię najlepszych nawet intencji nie życzę sobie dalszego publicznego prania tu moich (i nie tylko) brudów. Nie chcę odpowiadać ostrymi słowami na ostre słowa. Z mojej strony dyskusja pod tym postem jest zamknięta.
    Michalina, ewidentnie widać, że za mało z Tobą rozmawiałem o swojej seksualności. Ale jakoś nie mam chwilowo ochoty mówić o niej więcej i tłumaczyć. Błażejowy nożyk schowaj, nie będzie Ci potrzebny raczej w moim kontekście.

    Komentarz autor yoozeq — 31 sie 2007, piątek @ 0:41

  12. Karolu… “słowa słowa słowa”. czasem nie potrzeba dużo mówić, wiesz o tym doskonale. wystarczyły mi opowieści o jakiś… 6-7 osobach. kobietach. to jest tak samo jak z moimi zaburzeniami odżywiania. gdybym nie powiedziała lub nie-dopowiedziała czegoś - i tak całość byłaby taka sama.
    gadać sobie można. i tak przecież powtarzasz, że czynami chcesz udowodnić. tylko Ci ciągle nie do końca wychodzi, ciągle z tych samych powodów.
    i nie mów mi co mam zrobić z rzeczami, których jestem dysponentką, ok? :)

    Komentarz autor Michalina — 31 sie 2007, piątek @ 6:48

  13. I mimo wszystko cały czas próbuję. Od nowa. Ile razy bym przegrał, tyle razy wstaję. I próbuję od nowa, zamiast usiąść i stwierdzić, że się do tego nie nadaję. I wierz mi, zrobię wszystko, żeby któraś z kolei porażka była moją (naszą) ostatnią. Nie wychodzi mi do końca. Ale przynajmniej wiem, że robię to, co w mojej mocy.
    Ani słowa więcej o tym nie napiszę tu już chyba. Jeśli będę się z czegokolwiek tłumaczył, to przed Bogiem i Wiolą. E n d o f t h r e a d .

    Komentarz autor yoozeq — 31 sie 2007, piątek @ 10:08

  14. aaaaa. i jeszcze jedno. nie zakładasz?
    a co to było?:
    “Mam nadzieję, że racja leży po obu stronach, choć wydawałoby się to niemożliwe. I że sprawa sprowadza się do naszych doświadczeń i potrzeb po prostu… Albo miłością nazywacie to, co dla nas jest dopiero procesem jej kształtowania się. Procesem, który Pan Bóg może przerwać, jeśli zapragnie. I za rok postawić nam na drodze kogoś zupełnie innego. Czułbyś się szczery, mówiąc w takiej sytuacji znów “kocham”?… Bo ja nie.”

    Komentarz autor Michalina — 31 sie 2007, piątek @ 10:18

  15. nie robisz wszystkiego co w Twojej mocy. robisz wszystko co w Twojej mocy i co Ci na rękę. a między tymi 2 postawami jest przepaść….

    Komentarz autor Michalina — 31 sie 2007, piątek @ 10:20

  16. a to, że nie siadasz z dupą na miejscu po każdym upadku, że nie brniesz to tylko idziesz się pojednać - i tak do następnego być może razu - nie jest bohaterstwem. to jest dopiero odpowiedzialność. zobowiązanie. po każdym odpukaniu. takie są fakty. dobrze, że się podnosisz a nie brniesz w to, ale to chyba za mało.

    Komentarz autor Michalina — 31 sie 2007, piątek @ 10:25

  17. ICKJ?

    Komentarz autor yoozeq — 31 sie 2007, piątek @ 15:04

  18. Karol… Ale z Ciebie jest ekshibicjonista… Normalnie aż mi szczęka opadła i nie powiem, co jeszcze… Ło jej, całkiem przez przypadek dowiedziałam się o Was tyle, ile nawet nie chciałam może wiedzieć i nie było mi to do niczego potrzebne… A co więcej, to chciałabym zauważyć, że tutaj toczysz dyskusję o takich sferach Waszego (i TYLKO WASZEGO) życia, o których np. ja sama nie rozmawiam z NIKIM poza Samym Zainteresowanym.

    Ojjj… Jeszcze mam ciarki na plecach…

    Komentarz autor Waking up — 4 wrz 2007, wtorek @ 22:09

  19. Jako, że komentarze pod najnowszą notką zostały wyłączone, pozwolę sobie wypowiedzieć się tutaj. Nie chcę mieszać się w Twoje życie prywatne, jak to co poniektórzy zdążyli zrobić. Nie ukrywam jednak, że z sytuacją dzięki nijakiemu panu M. się zapoznałam. U niego także wypowiedziałam się, co o tym myślę.
    Tutaj chciałabym napisać jedno - ostatni post jest tak prawdziwy, że mogłabym go czytać codziennie z rana, na lepszy początek dnia. W komentarzach też, nie raz pokazałeś piękną definicję miłości (nie doskonałą, bo tego raczej nikomu z nas nie uda się dokonać, ale na tyle dobrą, bym mogła ją publicznie pochwalić. Nawet bardzo.).
    Pozdrawiam i życzę najlepszego w związku. Mimo błędów - naturalna kolej rzeczy.

    Komentarz autor makota — 4 wrz 2007, wtorek @ 23:22

  20. Ech… Bardzo mnie dziwi, że robi się sprawę publiczną z czyjegoś życia, bo publikowanie na BLOGACH takich treści i to z wymienianiem swoich imion to jest publikacja. Każdy może tu wejść i poczytać. I nie tylko tego jednego bloga. Wy się zastanówcie ludzie co robicie… Obgadujecie kogoś na swoich blogach w komentarzach albo łoicie mu skórę. I ja wielokrotnie zjechałam Karola za to czy tamto i nie próbuję go bronić. Znam go kilka lat, kontakt mamy taki a nie inny ale mamy. Zastanawia mnie cel tej nagonki tutaj. Bo, że jest winą Karola w największej mierze, że to się tu wogóle zaczęło to nie ulega wątpliwości. Nie rozumiem, proszę mi wyjaśnić… zachowuje się idiotycznie-fakt, ale o co Wam chodzi?? Chcecie mu pomóc czy sobie poużywać, bo na razie wychodzi na to drugie. Nie wyobrażam sobie publicznej dyskusji na moim blogu albo na blogu mojego chłopaka (którego nie ma)o naszych intymnych sprawach. Albo na blogach naszych znajomych/przyjaciół. Zastanówcie się, czy nikt z Was nigdy się nie zachował jak hipokryta. Czy żadna z Was nie posunęła się nigdy dalej z własnej chęci w dodatku i potem tego nie żałowała. Karolowi trzeba by skórę przetrzepać, prawda. Ale sama mu powiedziałam o tym, że się zachowuje tak a nie inaczej. Zasłaniacie się Biblią i Panem Jezusem i publicznie w sieci kogoś obgadujecie…

    Komentarz autor Magdalena — 5 wrz 2007, środa @ 15:30

  21. Jeszcze tu coś wrzucę, co mi tam. Z obserwacji i doświadczenia: żeby do czegoś doszło muszą obie strony chcieć. Faceci może i ponoszą największą winę, ale czyż nie jest tak, że jeśli dziewczyna powie: NIE, no to nie? Wykluczając gwałt oczywiście. To nie jest tak, że dziewczyna jest bez winy. Chyba, że chłopak ją zmusza ale wtedy tzeba takiego delikwenta zostawić i tak się często dzieje. Tylko może jednak dziewczyny mają jakiś swój udział w tej intymności… Nie jesteśmy marionetkami albo małymi dziewczynkami, ktore nic nie rozumieją.

    Komentarz autor Magdalena — 5 wrz 2007, środa @ 15:48

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.