Niebo na pewno ma zdrowe serce, bez skoków ciśnienia. Bo nie ma najmniejszych problemów z płaczem.
Może moje serce też będzie zdrowsze po tym spacerze po parku w deszczu z “Iris” Goo Goo Dolls na uszach. Bo przynajmniej mi puścił kran.
Sam nie wiem, jak się czuję. Może wszyscy przez ostatnie parę dni ulegliśmy na chwilę zabawie “pobawmy się w życie przyszłością”. Bo teraźniejszość byłaby zbyt bolesna. Chociaż takie swoiste udawanie też nie jest przyjemne. Aczkolwiek mam ochotę po raz dziesiąty powiedzieć, że w takich okolicznościach wszystko jest normalne.
I może we mnie działo się i dzieje coś innego, niż we wszystkich, którzy tam zostali, ale objawy troszkę podobne. Wczoraj we dwoje płakać nie umieliśmy. I we dwoje chyba potrzebowaliśmy ulgi. I to mnie wbrew logice przyciągnęło jeszcze raz do Tomaszowa. Już mi się nawet nie chce liczyć, ile wydałem na przejazdy. Wiem tylko, że bez namysłu zrobiłbym to jeszcze raz.
Nie jestem jeszcze w rodzinie. Ale raczej nie jestem też już poza nią. Dziwnie.
Nawrót poczucia bezdomności? Może. Dziwnie. (“Tobie jest dom potrzebny… taki z papciami, z ciepłym obiadem… i z wi-fi” - nie ma jak zrozumienie:*)
{Jose González - “Heartbeats”
Osiecka/Janda - “Na zakręcie”}
***
Komentarz, który usunąłem spod poprzedniego posta, dowodzi, że przypadków totalnego skretynienia na świecie nie brakuje. Mając czternaście lat rozumiałbym, że gdy ktoś pisze o śmierci, to kwitowanie tego zaproszeniem do głupich konkursików jest rażące i jeszcze głupsze, niż zazwyczaj.