Tak, wiem, to już było w lutym. Znów to piszę, nie zdaje wam się.
Była noc.
Coś białego za oknem.
Budzik o trzeciej.
Potem straszny krzyk. Który zapamiętam na bardzo długo.
W nocy z czwartku na piątek dziadek Wioli oddał ducha Panu Bogu.
Przypadło mi w udziale uczestniczyć w tym, co działo się pod jej dachem tamtej nocy i przez nastepną dobę.
Pełnić role, których nie znałem.
Widzieć i słyszeć rzeczy, których na co dzień się nie widzi i nie słyszy.
Dowiadywać o sobie tego, czego nie wiedziałem wcześniej.
Nie domyć drzwi.
Przypomnieć sobie, na czym polega znieczulenie snem.
Zadać co najmniej jedno bardzo dziwne pytanie.
Dziwnie ogólnie.
A tuż za rogiem czeka moje własne życie, wyprowadzka z DS, niezałatwione sprawy na uczelni. I moje własne zakupy konfekcyjne, przyspieszone nieco.
Coś we mnie albo wokół mnie zmieniło się od tamtej nocy odrobinę albo diametralnie.
Nie wiem dokładnie.
Bądź co bądź wstrząs.
Prawdę powiedziawszy do tej pory mnie trzęsie.
{Rezerwat - “Zaopiekuj się mną”}



