Nie mam szczęścia. Nie, to nie jest narzekanie i biadolenie, że nic mi się w życiu nie udało. Udało mi się całkiem sporo. Właśnie - już słyszę te obrażone głosy, które od lat powtarzały mi, że jestem fuksiarz, że wszystko w życiu przyszło mi z płatka i ogólnie o pechu to ja nie mam pojęcia, więc lepiej, żebym nie wygadywał głupot.
Nie mam szczęścia.
Ani pecha.
Ani żadne z was.
Powiedzmy to wprost: szczęście i pech nie istnieją.
Co istnieje w takim razie?
Pan Bóg. I Jego plan dla mojego życia. i Twojego, kimkolwiek jesteś Ty, czytający/a te słowa.
Wierzę w Boga, a nie w fuksa czy w pecha. Proste.
Jeśli coś mi się udaje, to to jest łaska.
Jesli nie, to też. Tyle, że trudniejsza do przyjęcia, bo mająca nauczyć mnie cierpliwości i pokory.
A o to, żeby nauczył mnie pokory, sam Go kiedyś poprosiłem.
Wiem, że każdego dnia moje życie może skończyć się szybko i gwałtownie, choćby pod kołami jakiegoś samochodu. Owszem, uważam tak przy przechodzeniu, jak i przebieganiu w miejscach niedozwolonych. Szanuję swoje życie, ale nie wpadam w niezdrową panikę nad nim.
A gdy jest burza, spokojnie oglądam ją przez otwarte okno. Lekkomyślnością byłoby najwyżej siedzenie na parapecie z nogami na zewnątrz. Wiem, że przez otwarte okno może mi wpaść piorun kulisty. Ufam Bogu. Po prostu. Zwyczajnie. Jeśli ma mnie zabić piorun, to i tak mnie zabije. Jeśli nie ma, to i tak nic mi nie zrobi.
Nie mam szczęścia. Mam coś stokroć ważniejszego - wiarę.
{Hey i Edyta Bartosiewicz - “Moja i twoja nadzieja”}


