Powstanie tego posta sprowokowała moja dyskusja w komentarzach z autorem tego wpisu, a w zasadzie postawione przez niego pytanie. Pozwolę sobie na wstępie je przytoczyć.
<yoozeq> Pierwsza i najważniejsza rzecz, którą musiałem zrozumieć, by w ogóle zacząć myśleć o prawdziwym pokochaniu kogokolwiek: miłość to nie jest uczucie, a zakochanie to nie jest miłość (to również było konieczne, żeby zrozumieć, co znaczy, że Bóg jest miłością).
<LiAiL> To wzbudziłeś moją ciekawość. Ja w tej chwili zaczynam dostrzegać to co powiedziałeś - “zakochanie to nie miłość”. Jak w takim razie zdefiniowałbyś słowo “miłość”? A w kontekście Boga?
Po pierwsze - nie pokuszę się o zdefiniowanie miłości ostatecznie i do końca. Podsumuję tylko to, co wiem do tej pory. A pewnie jeszcze bardzo, bardzo dużo muszę się nauczyć.
Miłość to postawa. To posiadanie siebie w dawaniu siebie. To bycie absolutnie wolnym przez to, że można (nie trzeba - miłość to nie przymus i nie uzależnienie od drugiego człowieka) oddać siebie drugiej osobie. Złożyć się w darze dla niej. A w zasadzie składać - cały czas od nowa, nie jednorazowo, ale ciągle, nawet co dnia do końca życia. I jednocześnie móc przyjąć dar, jaki daje z siebie druga osoba. A wszystko to jest świadomą decyzją wolnego i świadomego siebie człowieka, nie działaniem pod wpływem impulsu, nagłych emocji, głodu emocjonalnego, namiętności czy wewnętrznego bądź zewnętrznego przymusu.
Uczucia i emocje są przelotne - gdyby miłość była uczuciem, czy można byłoby przysiąc drugiej osobie, że będzie się ją kochać? Przysięga małżeńska przecież byłaby wtedy pustym frazesem. Nie mogę obiecać nikomu, co będę czuł. Za chwilę mogę poczuć do kogoś złość, nienawiść, żal, obrzydzenie - pod wpływem sytuacji, słów, gestów i czynów drugiej osoby czy otoczenia. Nie mam możliwości nawet przewidzenia własnych uczuć, a co dopiero składania wiążących, dalekosiężnych obietnic co do ich trwania. Mogę za to przyrzec i postanowić, że włożę wszystkie moje siły w całkowite zaakceptowanie drugiej osoby, zaufanie jej, otwarcie się na nią i przyjęcie jej taką, jaką jest. W pomoc w jej samorozwoju, wspieranie jej działań, bliskość w codzienności, radościach, smutkach. Że będę się nią opiekował, nie opuszczę jej w śmiertelnej chorobie albo rozpaczy bezpłodności ani dlatego, że spotkam kogoś piękniejszego, bogatszego, zabawniejszego, ciekawszego.
Swojej dziewczynie bardzo, bardzo długo nie mam zamiaru mówić “kocham”. Chcę powiedzieć to najpierw swoim życiem, a dopiero potem słowami.
Pytasz o Boga… Bóg jest Miłością. Miłością, która poszła za mnie na krzyż. Bogiem, który nie wahał się w osobie swego Syna poświęcić dla mnie życia. I który dał mi czerpać z tej prawdy, inspiruje mnie i wciąż daje życie. Napełnia Sobą. Nieustannie uczy otwarcia na Siebie - a przez to i na innych. Pozwala się pokochać, a przez to kochać innych. Bóg jest jedyną siłą, która może podeprzeć mnie w miłości - rozumianej nie jako uniesienie i namiętność, ale jako ciężka praca dla dobra innych, jako służba. I jako jedyny autentyczny sens mojego istnienia.
Będę szczery - nie wyobrażam sobie, żebym ze wszystkimi swoimi wadami, cechami wrodzonymi, nabytymi, bagażem doświadczeń i emocjami - był w stanie wytrwać przy jednej osobie do końca życia. I dlatego pod ołtarzem najważniejsze będą dla mnie słowa “tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący”.
Bo miłość albo jest święta albo nie ma jej wcale. A jeśli jest święta, to może być do grobowej deski albo i poza nią. I wierzę i ufam, że będzie.
Aha… nie urodziłem się z tą wiarą i wiedzą. Nie przekazali mi jej rodzice. Odkrycie tego wszystkiego, co napisałem powyżej, to lata mojego poszukiwania i odkrywania Boga. A drogę do Niego znalazłem nie gdzie indziej, jak w Kościele Katolickim. A dokładnie we wspólnocie Ruchu Światło-Życie, zwanego też Oazą.
Życzę Tobie, LiAiL, i wszystkim innym powodzenia i wytrwałości w dążeniu do Prawdy, Miłości, do Boga. I pozostaję z modlitwą.



Na wstępie chciałbym podziękować za ów wpis na Twoim blogu - pomógł mi nieco rozwinąć moje przemyślenia i wyciągnąć odrobinę więcej wniosków. Dziękuję także za modlitwę i życzenia.
Mówisz, że “miłość to (…) bycie absolutnie wolnym przez to, że można (nie trzeba - miłość to nie przymus i nie uzależnienie od drugiego człowieka) oddać siebie drugiej osobie. Złożyć się w darze dla niej. A w zasadzie składać - cały czas od nowa, nie jednorazowo, ale ciągle, nawet co dnia do końca życia”. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w pełni, jednakże nie mogę oczekiwać od innych osób, że uważają tak samo. Posiadam doświadczenia z dwóch związków, w których sądziłem, że kocham owe osoby, którym “oddawałem” wszystko co pragnąłem żeby miały. Niestety dwa razy pokładałem zbyt duże nadzieje. Teraz myślę, że było to spowodowane zbyt dużymi różnicami poglądów dotyczących życia, miłości, w ogóle bycia na tym świecie.
Zapewne posiadam mniej doświadczeń niż Ty, krócej żyję na tym świecie, zostałem nieco później wypuszczony spod matczynego klosza (za co w zasadzie jestem wdzięczny mojej matce w tej chwili). Wierzę, że znajdę osobę, która będzie w stanie sprostać wyzwaniu, którym wydaję się być. Wierzę, że można przezwyciężyć wszelkie “bagaże emocjonalne”, “emocje” aby wytrwać. Mówisz, że nie wyobrażasz sobie tego abyś mógł wytrwać przy innej osobie bez owego “tak mi dopomóż Bóg”. Mnie jako niepraktykującemu deiście wydaje się, że takie słowa dobrze oddają w jaki sposób działa miłość. Jest to zatem kwestia wytrwania w wierze. Wierze w dobroć drugiego człowieka.
Mimo moich posępnych rozważań na moim blogu dotyczących degradacji człowieka, widzę nadal światło nadziei we wszystkim co mnie otacza. Nie jest nim może Kościół dla mnie (bowiem niestety wiara została w wielu przypadkach strywializowana, czego żałuję), ale istniejąca jeszcze w ludziach dobroć, którą pragnąłbym znaleźć. Moją hipotezą zatem jest, że miłość można zdefiniować jako dobroć drugiego człowieka, który chce jak najlepiej dla drugiej osoby. Zdaję sobie sprawę, że jest to niezwykle daleki opis “miłości” jednak wydaje mi się, że w ułamkowej części z tego właśnie się ona składa. Z dobroci.
(przepraszam za nieuporządkowane przemyślenia)
Komentarz autor LiAiL — 3 maj 2007, czwartek @ 18:26
[...] Yoozeq w swojej niedawnej notce zawarł odpowiedź na wywołaną przeze mnie dyskusję dotyczącą Boga i miłości. Pozwolicie, [...]
Sygnał ping autor Dogmaty wiary? « A n t y D Y S T A N S — 3 maj 2007, czwartek @ 18:49
Hmmm… Brakuje mi tu jednej rzeczy… Milosc do drugiej osoby to chec zmiany i zmiana SIEBIE na lepsze… Zeby tej osobie zylo sie ze mna dobrze albo lepiej… Szkoda czasem, ze mimo wszystko fizycznosc i emocje wyprzedzaja milosc i slowo KOCHAM. Mnie tego nauczylo zycie… Kosciol rowniez ale niestety nawet we wspolnotach, mozna by rzec - w Kosciele, widzialam nie to co powinnam widziec i wiedziec… Definicja milosci czesto padala w slowach ale w czynach czesto nie bylo to co powinno. Odnosnie Boga - jestesmy glupi i tyle. Bo jak mozna byc madrym i nie wiedziec co zrobic z miloscia wiec regularnie przybijac ja do krzyza…?? Jestesmy glupi. Wszyscy.
Komentarz autor Madzia — 3 maj 2007, czwartek @ 21:22
:)
Komentarz autor Justyneczka — 3 maj 2007, czwartek @ 21:46
cóż takiego można widzieć w Kościele? W Kościele pisanym przez duże K? czyli we Wspólnocie, bo tym przecież jest Kościół właśnie. “jeden, święty, powszechny i apostolski”.(co ważniejsze - czy wypowiadamy CREDO świadomie i z…. wiarą?) cząstka z człowieka - cząstka z Boga. grzeszność i tylko dążenie do doskonałości. ze strony tych co niby wiedzą jak postępować, ale nie zawsze chcą lub potrafią w zgodzie z sumieniem czynić. my - katolicy wierzymy również w szatana, w walkę, w pewne pokusy, które należy zwalczać, ale czasem bywamy słabi… może zbyt małej wiary. i ta grzeszność nie ma być usprawiedliwieniem, ale jakby nie patrzeć - ona jest… faktem. tylko warto przestać - jeśli ktoś deklaruje się jako osoba wierząca - oddzielać siebie od Kościoła. bo Kościół nie jest instytucją mafijną, którą dowodzą czarne kiecki, i prym wiodą mohery. Kościołem jestem ja, Kościołem jest Karol, wielu naszych znajomych, my wszyscy. Wszyscy, właśnie!
…i choć kontekst był inny - “Jesteśmy głupi. Wszyscy”. Pozwolę sobie oświadczyć, że ja nie jestem głupia. Fakt, przybijam gwoździe, motam się czasem itp itd. Nawet niby szukając Boga - wychodzi mi z tego tyle, że idę czasem w odwrotną stronę i ostatecznie w konfesjonale rozliczam się z tych gwoździ. ale tak się składa, że jestem dzieckiem Tej Miłości Ukrzyżowanej. może słabym i niedoskonałym, ale nie głupim.
porównania trzeba szukać - nie ujmując Bogu Jego boskości - w relacjach z rodzicami biologicznymi. bo choć ON jest Bogiem, to jest i Ojcem. jest rodzicem. a człowiek istotą społeczną. sam na świat nie przyjdzie, sam nie przeżyje bez opieki, nawet, kiedy już dorasta, potrzebuje tego i owego ze strony dorosłych. żeby się nauczyć - pracy czy czegokolwiek innego. i nikt nie jest doskonały. i nawala na płaszczyźnie relacji do ojca, matki.
Krzysztof Kieślowski powiedział kiedyś, że “mierzymy naszą ludzką miarą. jesteśmy mali i niedoskonali” nic dodać - nic ująć.
K, przepraszam - Twój blog….
pozdrawiam!
Komentarz autor anilahciM — 4 maj 2007, piątek @ 7:46
Tobie, a-M wybaczam jak najbardziej a wszystkim dziękuję za opinie.
Tak poza tym - uprzedzałem, że nie tylko nie wyczerpię tematu, ale wręcz go tylko napocznę. Magda - co do zmieniania siebie i pracy nad sobą masz absolutną rację.
Komentarz autor yoozeq — 4 maj 2007, piątek @ 14:02
Nie chcialam nikogo urazic moim komentarzem… niestety nie jestem na teologii i trzeba mi wybaczyc zle sformulowania… Troche mam dosyc tego, ze inne osoby wierzace patrza na mnie dziwnie jesli chodzi o moje niektore decyzje. Bo dochodzi do tego, ze i tak sobie wybieramy co nam pasuje a co nie. A odnosnie Boga… pewnie tego tekstu nie pamietasz do ktorego sie odnioslam. Gdzies go chyba przy okazji swiat przytaczalam. Jestesmy glupi i tyle i jestesmy hipokrytami. Jasne, ze to jest wpisane w nasza nature. Ale wlasnie uzywamy tego jako usprawiedliwienia. Nie umiemy sie przyznac, ze jestesmy wlasnie tacy a nie inni i tym ranimy Boga i ludzi wokol. Nie umiemy sie przyznac, ze robimy tak a nie inaczej, bo nam tak pasuje. I tyle. Mozesz mnie poprawic, bo pewnie sie myle. Pozdrawiam.
Komentarz autor Madzia — 4 maj 2007, piątek @ 21:31
generalnie to nie do końca rozumiem używanej przez Ciebie liczby mnogiej”nie umiemy”, “robimy”. wspólnotę tworzy jednostka z jednostką i z innymi jeszcze jednostkami. nie na odwrót. to zbyt duże uogólnienie - co piszesz. są tacy co się potrafią przyznać, są tacy co czynią dobro. jesteśmy różni. a Bóg wzywa każdego w cichości jego serca. to jak odpowiadamy i czy w ogóle to robimy - wg tego np czy nam coś tam pasuje czy nie - cóż… o jednej ważnej rzeczy trzeba pamiętać! była już mowa o Miłości Ukrzyżowanej… tylko człowiek posiada intelekt, niemateriale “ja” czyli świadomość, niematerialną wolę. czyli słowem czystą formę - duszę. niematerialną - czyli nieśmiertelną. jest zdolny do refleksji doskonałej. tylko człowiek patrząc na Krzyż może wybierać. może. może wybrać drogi, które ON wskazuje, ale nie musi… chodzi mi o podkreślenie szaleństwa Krzyża. tego wariactwa Pana Boga w momencie, gdy nam dawał wolną wolę. wolną, ale szukającą prawdy - obojętnej jakże często - emocjonalnie oraz dobra, wyrażającego się w wartościach, które wyzwalają emocje. temu szaleństwu można tylko zaufać. trzeba! i jak się je łyknie to trzeba nieść innym.
postępujemy różnie - to fakt. pewnie na 10 świadectw dajemy min 50 anty! ale nawet w tym kontekście warto pamiętać o Bogu miłosiernym. ta miłość może pociągnąć na nowo za 27 razem. tak do końca! najpiękniejsze nawrócenia - powroty do Boga mają miejsce po wielkich upadkach. (grzech - obfitsza łaska).
nie oceniajmy tak łatwo. chyba więcej zdziałamy modlitwą!
pozdrawiam.
Komentarz autor anilahciM — 5 maj 2007, sobota @ 19:14