Chciałbym coś napisać o ostatniej dobie. Tylko naprawdę nie wiem, jakimi słowami.
Po raz nie wiem który stawiam wszystko na prawdę. Nawet jeśli prawda ma oznaczać wywleczenie sumienia spodem na wierzch i powiedzenie na głos wszystkiego, czego najbardziej się wstydzę. I gotowość przyjęcia konsekwencji tego.
Człowiek to dziwna istota. Czasem rozumu starcza mu tylko na tyle, żeby wiedział, że pakuje się w coś, co jest chodzeniem po nitce rozpiętej nad Wielkim Kanionem…
Jeśli prawda wyzwala, to tu początkiem wyzwolenia musi być uznanie prawdy o własnych ograniczeniach.
Jedno wiem. Nie chcę, na Boga, z całego serca nie chcę za parę lat stanąć przed lustrem i sam sobie zaśpiewać:
“Obiecali nowy, lepszy świat,
używając pięknych mądtych słów…
Przedstawili idealny plan,
lecz nie każdy starał się, jak mógł…”
{Coma - “Nie wierzę sk****synom”}
Umiem patrzeć daleko. Ale jeszcze bardzo muszę się nauczyć, jeśli chodzi o patrzenie pod nogi. Bo jak się wywalę po drodze i rozbiję sobie głowę, to umiejętność patrzenia w dal nic mi nie da. A jak niebezpieczne są majaki, gdy człowiek uderzy się w głowę w ten sposób, o którym myślę, to już ja sam wiem najlepiej.
Jeszcze tylko jedno: Bóg jest wielki. Nawet ze zła potrafi wyciągnąć dobro. Sprawy nieważne zmienić w istotne, czasowi straconemu nadać sens. I dać ostatnią szansę, kiedy się ewidentnie odwracasz. Żeby wrócić w gorączkowym pośpiechu, “resztkami sił”.
Pazurami, pazurami się Ciebie trzymał będę, Nadziejo moja i sensie życia…
***
Cztery ściany. Puste mieszkanie.
Powinienem wypełnić je pracą. Bo nadmiar myśli może mi tylko zaszkodzić i skłonić do czegoś niemądrego. A to co najważniejsze, i tak krystalizuje się wyraźnie w powietrzu wokół mnie.


