yoozeq w snapszotach

31 sty 2007, środa

Until the sky falls down on me

Kategoria wpisu: Przemyślenia — yoozeq @ 4:21

(trzecia z zajawkowanych, jeśli ktoś jeszcze pamięta, że obiecywałem trzy)

Nie do końca wiem od czego zacząć. Może dlatego, że niedokładnie wiem, o co mi chodzi. Wstępnie chyba wiem, że chodzi o tęsknotę.
Wybrałem życie w pojedynkę. Trzymam się tego konsekwentnie, choć mam świadomość, że gdybym chciał, zmiana tego nie musiałaby być jakaś niesamowicie trudna. Wiem dlaczego. Wiem po co. I nie mam zamiaru w dającej się przewidzieć przyszłości tego zmieniać. Tyle, że ma to swoje konsekwencje. Chociażby w postaci nadmiernej wrażliwości na różne rzeczy. Na twarze. Oczy. Widoki. Odcienie. A także czasem słowa, gesty, dźwięki i wiele innych. I używam tu określeń bardzo ogólnych, choć mam na myśli szczegóły i konkrety. Ale lepiej, żebym o nich nie pisał, żeby ktoś nie wyciągnął z tego błędnych wniosków.
Słuchając choćby tego kawałka Savage Garden i śpiewając go sobie po cichu chciałbym na przykład móc myśleć, że śpiewam go do konkretnej osoby.
Chciałbym móc znów zakochać się w ten głupi, piętnastoletni sposób. Możliwe, że tak odzywa się we mnie skłonność do uzależnień emocjonalnych.
Nie zakocham się. Raczej niemożliwe. I to nie jest tekst z cyklu wynurzeń odrzuconego nastolatka rozczarowanego światem, “że on to już nigdy nikogo…” itp.
Ja po prostu za dużo wiem o mechanizmach mojej głowy i mojej duszy. Wiem jak to wywołać, wiem, że to mija, umiem to podsycać, umiem to stłumić. Wiem, że głównie odbywa się na poziomie chemii w mózgu i nie oznacza, że nie potrafię kochać. Albo że nie będę potrafił. W tym momencie miłość to dla mnie praca nad szczęściem i zbawieniem drugiego człowieka. I w tym świetle zauroczenia nie mają za dużo wspólnego z miłością, bo miłość to postawa a nie chemia. Ani przywiązanie.
Przywiązuję się. Łatwo. Przyzwyczajam. Nabieram nawyków i odruchów w związku z obecnością różnych osób w życiu. Miłością to nie jest, zakochaniem razy parę być by mogło, gdybym na to pozwalał. Nie pozwalam bo nie ma po co.
Tylko czasem smutno. Pełno, a jakby pusto. Starym odruchem kładąc się spać chciałbym móc wyobrażać sobie, że się przytulam do kogoś. Konkretnego. Nie wyobrażam sobie. Zwijam się tylko w kłębek embrionalny - ostatnio jakoś częściej. Pewna odmiana tak zwanego poczucia osamotnienia.

Użalam się nad sobą? Nie sądzę. Mam w sobie takie, a nie inne emocje i mówię o nich głośno. Uważam, że to moje święte prawo.

I mimo wszystko podoba mi się moje życie.
“I want to lay like this forever
Until the sky falls down on me”

A jako upadek nieba na głowę w tym momencie rozumiem albo śmierć (czyli czyste niebo wkoło mnie) albo miłość totalną. Czyli czyste niebo wkoło mnie.

Proszę o wybaczenie, jeśli nic nie zrozumieliście.

{Savage Garden - “Truly Madly Deeply” (acoustic live)}

30 sty 2007, wtorek

Uroki branży

Kategoria wpisu: Komputery i Internet — yoozeq @ 19:48

Jak się zarabia dorywczo serwisowaniem ludziom maszyn to czasem trzeba znaleźć do czegoś sterowniki w necie. Bywa, że do nieco egzotycznego sprzętu… Niby sieciówka na USB to nie jest nic egzotycznego, ale powiedzcie mi szczerze, czy na przykład tutaj trafilibyście bez google’a?

***

Po raz kolejny moja niechęć do Microsoftu delikatnie wzrosła (patrz tu). Po raz kolejny umacniam się w przekonaniu, że moim następnym systemem będzie nie Vista, ale jakaś dystrybucja linuksowa. Że Aero Glass? Dzięki, akcelerator 3D to jest do gier, a nie przeliczania pulpitu. Poza tym Linux też może wyglądać ciekawie - obejrzyjcie sobie filmiki na tej stronie.

Choroba sesyjna?

Kategoria wpisu: Codzienność — yoozeq @ 2:59

Umyłem zlew, półkę pod zlewem, lustro, podłogę i okno. Oba skrzydła w końcu.
Co się ze mną dzieje?

29 sty 2007, poniedziałek

Jest ratunek

Kategoria wpisu: Przemyślenia — yoozeq @ 2:55

- Terapia? Myślałam, ale… Boję się…
- Czego?
- Że dowiem się, że dla mnie już nie ma ratunku…

Ludzie w rzeczy samej boją się psychologów, terapeutów…
Nie tylko dlatego, że są przekonani, że nie ma dla nich już ratunku. Dlatego, że po prostu boją się prawdy o sobie. Mają pewne podejrzenia na jej temat, ale są święcie przekonani, że poznanie prawdy ich zmiażdży.
“Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.” (J 8,32) Wyzwoli. Nie zabije, nie zmiażdży, nie zniszczy - uwolni. Nie można być wolnym, jeśli nie zna się prawdy o sobie.

Nie byłem wolny.
Prawdy nie znałem.
Terapii się bałem.
Trzęsącymi rękami klepałem numer telefonu.
Ze ściśniętym gardłem i pustką w głowie szedłem na spotkanie. Nie tylko pierwsze.

Warto było.

Nie poznałem prawdy w pokoju, w którym rozmawiałem z panią M., moją terapeutką. Poznawałem i poznaję ją stopniowo cały czas, dzięki jej pytaniom, wskazówkom, dzięki godzinom, ba, miesiącom własnych przemyśleń, dzięki czasowi, który pozwala z dystansu patrzeć na przeszłość. Dzięki Bogu, który pomaga mi stawać w prawdzie.

To nie jest tak, że dla wierzących konfesjonał, a dla niewierzących psycholog. Owszem, zdarza się, że ludzie próbują jedno drugim zastąpić… błąd. Bez względu na to, w która stronę. Psycholog nie jest w stanie udzielić łaski odpuszczenia grzechów. A ksiądz może nie być w stanie pomóc człowiekowi we wniknięciu na tyle w siebie i swoje wnętrze, żeby zacząć rozumieć siebie i odzyskiwać kontrolę nad własnym życiem. I nie zaordynuje antydepresantów. A czasem trzeba.
Spowiedź i rozgrzeszenie potrzebne jest każdemu. Psycholog niekoniecznie… ale jak przyglądam się swojemu otoczeniu albo czytam coś takiego, to czasem naprawdę chce się zanucić pod nosem za piosenką Happysadu “cały mój świat potrzebuje psychologa”

Wiedzcie jedno - nie usłyszycie od terapeuty, że nie ma dla was ratunku. Owszem, może nie być go tam, gdzie się zdaje, że jest bądź być powinien. Ale to nie oznacza, że go nie ma wcale.
Bo ostateczna jest tylko śmierć - i to w sensie ziemskim.
A w sensie ogólnym ostateczny jest tylko Bóg. I jeśli w ogóle cokolwiek może być nie do przejścia i nie do pokonania, to Bóg właśnie. A Jego nie trzeba pokonywać i omijać. Zresztą, jak w piosence, w końcu stanie tak, że nie sposób będzie Go obejść i pozostanie spojrzeć Mu w twarz. A potem usiąść obok Niego i położyć głowę na Jego kolanach.

{Oasis - “Wonderwall”}

***
Ruszyło mnie. Nie przewróciło.

27 sty 2007, sobota

Onet? Nie warto. OLP? Warto!

Kategoria wpisu: Bóg-wiara-kościół-Oaza, Komputery i Internet — yoozeq @ 23:23

(wpis drugi z obiecanych trzech)

Na co dzień nie zaglądam w ogóle na Onet ani WP. Newsy czytam przez RSS (polecam serdecznie - wystarczy Firefox), moja strona startowa to about:blank (pusta), bo zapytania do wyszukiwarki mogę wklepać w pole obok paska adresu. Za rzeczonym Onetem nie przepadam głównie ze względu na przeładowanie strony startowej (bądź co bądź newsy z życia “gwiazd” czy sportowe zwyczajnie mnie nie interesują), klimat sensacji w nagłówkach nieraz godny niemal tabloidów oraz poziom i styl komentarzy pod postami. Ostatnio zaś natknąłem się na ekstremalny przykład niekompetencji dziennikarzy samego portalu…

Wzmiankowany wpis dotyczy Thunderbirda, a skoro mowa o FLOSS-owym oprogramowaniu, to pozwolę sobie na pewną dygresję, raczej niekoniecznie informatyczną. Od jakiegoś czasu jestem sympatykiem (choć nie fanatykiem) wolnego oprogramowania (zaprawdę powiadam wam: nadejdzie dzień, w którym ujrzycie znów Linuksa wstającego z mego dysku, a dysk ów, choć wielki będzie, to Vista go nie ogarnie:P), przeciwnikiem technologii DRM, podoba mi się idea Creative Commons, projekty takie jak Wikipedia czy wolne podręczniki, istniejące dzięki FDL itd., itp. Stąd mój bardzo, ale to bardzo szeroki uśmiech, kiedy natrafiłem w necie na tekst OLP - Oazowej Licencji Publicznej, której celem jest umożliwienie niekomercyjnego rozpowszechniania objętych nią utworów do celów ewangelizacyjnych. Moim zdaniem naprawdę świetny i godny poparcia pomysł. Może za jakiś czas, kiedy będzie na tym blogu więcej moich przemyśleń dotyczących wiary, sam udostępnię jego treść na OLP a nie tylko na CC jak teraz?…

26 sty 2007, piątek

Srdce velké nám dej

Kategoria wpisu: Bóg-wiara-kościół-Oaza — yoozeq @ 16:21

(wpis pierwszy z obiecanych w zajawce trzech)

Tytuł? “Serce wielkie nam daj” w języku naszych sąsiadów Czechów. Ostatnio buszując po sieci natrafiłem na stronę Ruchu Światło-Życie w Czechach a stamtąd na strony czeskiej KWC. Jak co poniektórzy z was pewnie wiedzą, “Serce wielkie nam daj” to pieśń będąca hymnem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Jego czeska wersja też istnieje, można jej nawet posłuchać online i ściągnąć:)

Pozytywne doświadczenie - znaleźć coś takiego. Poczytać sobie o tym, jak (podobnie jak w Polsce na przekór władzom) ludzie jeździli na pierwsze rekolekcje (do Polski), budowali od zera wspólnoty… Czytać świadectwa, przeglądać kalendarz pracy świadczący o tym, że się dzieje i to sporo. Budująca jest świadomość, że Pan działa ponad granicami stanowionymi przez człowieka, ponad barierami językowymi, kulturowymi… Mam nadzieję, że kiedyś, gdzieś, będąc za granicą spotkam jakąś osobę, która zaczepi mnie (bądź ja ją) dlatego, że jedno z nas na szyi czy plecaku będzie mieć przypiętą foskę.

Dla zainteresowanych dorzucam jeszcze link do strony Ruchu w Niemczech.

Zajawka

Kategoria wpisu: Pozostałe — yoozeq @ 8:15

…czyli trailer tak zwany. Mam ci ja bowiem pomysły na trzy różne noty, ale zwyczajnie jest dziś za późno na pisanie. Muszę wstać za jakieś pięć i pół godziny. Ale wszystkie trzy się tu pojawią. Dobranoc.

//edit: wpis pojawia się teraz, bo zamiast publikacji wybrałem zapisanie jako szkic… Śpiacy byłem widocznie.

{Söhne Mannheims - “Vielleicht”}

23 sty 2007, wtorek

Demony - hormony

Kategoria wpisu: Bóg-wiara-kościół-Oaza, Przemyślenia — yoozeq @ 3:48

Nienawidzę takich nocy. Kiedy po kilkudziesięciu minutach, czasem po godzinie albo dwóch bezskutecznych prób uśnięcia, budzi się we mnie coś, co powinno spać.

“Gdy rozum śpi, budzą się demony…” Prawda. Demony. Pod różnymi postaciami. W moim wypadku pod postacią hormonów.

Jakieś osiem - dziewięć lat “pracowałem” na to, że w tej chwili mam przetrącony w pewnym miejscu duchowy kręgosłup. Że nie śpi we mnie to, co spać powinno i co obudzić ma prawo tylko sakrament. Że gdy jest ciężko, gdy pragnie się już tylko zasnąć, aby długa jak zwykle noc nie kradła mi zawczasu minut następnego dnia, coś we mnie (a może i poza mną) podszeptuje bardzo prosty sposób na wszystko. Natychmiastowa ulga. Fala sztucznego, krótkoterminowego chemicznego szczęścia wyprodukowanego przez mój własny organizm. I natychmiastowa utrata łączności z Bogiem. I nowa szrama na duszy i nowy cios w to samo miejsce kręgosłupa.

Grzech.

Walka z pierwotnym skażeniem naszej natury. W spłaszczonym i uproszczonym (a przez to nierzadko błędnym) spojrzeniu, które człowiek ma ze swojego wnętrza, sprawia to wrażenie walki z samym sobą. Bo oto człowiek cielesny sprzeciwia się duchowemu. I coś od środka chce rozerwać. Powalić na ziemię. Gdy stoi się niepewnie, bo od paru dni raptem.

Błogosław mnie, Jezu, któryś miał ludzkie ciało. Który - choć od grzechu pierworodnego wolny - musiałeś to znać. Błogosław na walkę z tym, co chce mnie ogarnąć, wymknąć się rozumowi i zabrać mi wolność. Amen.

Szpachelki

Kategoria wpisu: Codzienność — yoozeq @ 1:41

Ósma trzydzieści rano, po trzech godzinach snu. Środek nocy w mojej strefie czasowej. Telefon typu interwencja kryzysowa. Z takich, po których przeklina się to, co się usłyszało, a nie tego, kto dzwonił i obudził.
Dziesiąta. Dentystka dzwoni, żeby odwołać wizytę. Świetnie, przecież mogę chodzić miesiąc z dziurą zamiast plomby, kiedyś wreszcie trzeba będzie mieć zęba do zatrucia.
Pobudka o trzynastej.
Zero inwencji twórczej. Dwie wersje jednej paranoi nad kodowaniem statycznym Huffmana.
Ola. Zastanawia mnie, ile jeszcze podobieństw znajdę w naszych historiach. Ale znów mimo wszystko jestem w pewien sposób spokojny. Wiara. Granicząca z pewnością wiara. Jeśli ja w ogóle mogłem przeżyć, to ona musi. (“Szansa? Ją znajdę wszędzie.” - Peja)
Facet, któremu dziewczyna wymienia twardziela i kartę graficzną w kompie. Dziewczyna gada ze mną o zworkach, masterach, slave’ch i partycjonerze w Windows (”ok, kojarzę, to już sama zrobię”), podczas gdy on siedzi i powtarza co najwyżej, że “on to się na tym nie zna”. Coś z pogranicza ewenementu i abstrakcji.
Wiola z paroma ciekawymi historiami.

Ja chcę wannę zamiast pryszniców w DS-ie.
Po dzisiejszym dniu dochodzę do wniosku, że wielkimi krokami nadchodzą dni, kiedy my się wszyscy będziemy nawzajem szpachelkami z podłogi zeskrobywali.
Miej nas, Panie Boże Wszechmogący, w opiece. Bez tego to daleko nie zajedziemy. Ale i tak będziemy wszyscy brnąć do przodu. I, do cholery jasnej, wyjdziemy z tego wygrani. Amen.

Ola - wierzę w Ciebie. Bardziej może nawet, niż ty w siebie samą. Może właśnie tak ma być. Amen.

22 sty 2007, poniedziałek

Nudy

Kategoria wpisu: Codzienność, Komputery i Internet, Przemyślenia — yoozeq @ 3:13

#include <iostream>
using namespace std;
int main()
{
    cout << “Lustereczko:) (aby zakonczyc, wcisnij Ctrl+C)\n\n”;
    char ss[1000];
    while (1)
    {
        cin.getline(ss, 1000, ‘\n’);
        cout << ss << endl;
    }
    return 0;
}

Jak trzeba się uczyć, to zaczynamy się chwytać wszelkich sposobów zapobiegawczych. Nagle przypomina nam się miliard rzeczy do zrobienia, odkładanych od zawsze, nagle jesteśmy gotowi posprzątać wszystko dookoła, zostać u sąsiadek na filmie, ba, nawet z nudów i na odmóżdżenie napisać taką pierdołę jak to wyżej:P

Dziś idę spać bardzo wcześnie. Przed wpół do czwartej to w końcu wczesny wieczór.

Dla niewtajemniczonych: kod powyżej to “strasznie” skomplikowany program oczekujący na wpisanie linijki tekstu z klawiatury, po czym po zatwierdzeniu enterem wypisujący rzeczoną linijkę na ekranie. Żywcem tak, jak została wklepana. Stąd nazwa “lusterko”:) Pomysł podsunął mi ktoś wczoraj…

Update: wpół do piątej jednak. Klasyk.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.