(trzecia z zajawkowanych, jeśli ktoś jeszcze pamięta, że obiecywałem trzy)
Nie do końca wiem od czego zacząć. Może dlatego, że niedokładnie wiem, o co mi chodzi. Wstępnie chyba wiem, że chodzi o tęsknotę.
Wybrałem życie w pojedynkę. Trzymam się tego konsekwentnie, choć mam świadomość, że gdybym chciał, zmiana tego nie musiałaby być jakaś niesamowicie trudna. Wiem dlaczego. Wiem po co. I nie mam zamiaru w dającej się przewidzieć przyszłości tego zmieniać. Tyle, że ma to swoje konsekwencje. Chociażby w postaci nadmiernej wrażliwości na różne rzeczy. Na twarze. Oczy. Widoki. Odcienie. A także czasem słowa, gesty, dźwięki i wiele innych. I używam tu określeń bardzo ogólnych, choć mam na myśli szczegóły i konkrety. Ale lepiej, żebym o nich nie pisał, żeby ktoś nie wyciągnął z tego błędnych wniosków.
Słuchając choćby tego kawałka Savage Garden i śpiewając go sobie po cichu chciałbym na przykład móc myśleć, że śpiewam go do konkretnej osoby.
Chciałbym móc znów zakochać się w ten głupi, piętnastoletni sposób. Możliwe, że tak odzywa się we mnie skłonność do uzależnień emocjonalnych.
Nie zakocham się. Raczej niemożliwe. I to nie jest tekst z cyklu wynurzeń odrzuconego nastolatka rozczarowanego światem, “że on to już nigdy nikogo…” itp.
Ja po prostu za dużo wiem o mechanizmach mojej głowy i mojej duszy. Wiem jak to wywołać, wiem, że to mija, umiem to podsycać, umiem to stłumić. Wiem, że głównie odbywa się na poziomie chemii w mózgu i nie oznacza, że nie potrafię kochać. Albo że nie będę potrafił. W tym momencie miłość to dla mnie praca nad szczęściem i zbawieniem drugiego człowieka. I w tym świetle zauroczenia nie mają za dużo wspólnego z miłością, bo miłość to postawa a nie chemia. Ani przywiązanie.
Przywiązuję się. Łatwo. Przyzwyczajam. Nabieram nawyków i odruchów w związku z obecnością różnych osób w życiu. Miłością to nie jest, zakochaniem razy parę być by mogło, gdybym na to pozwalał. Nie pozwalam bo nie ma po co.
Tylko czasem smutno. Pełno, a jakby pusto. Starym odruchem kładąc się spać chciałbym móc wyobrażać sobie, że się przytulam do kogoś. Konkretnego. Nie wyobrażam sobie. Zwijam się tylko w kłębek embrionalny - ostatnio jakoś częściej. Pewna odmiana tak zwanego poczucia osamotnienia.
Użalam się nad sobą? Nie sądzę. Mam w sobie takie, a nie inne emocje i mówię o nich głośno. Uważam, że to moje święte prawo.
I mimo wszystko podoba mi się moje życie.
“I want to lay like this forever
Until the sky falls down on me”
A jako upadek nieba na głowę w tym momencie rozumiem albo śmierć (czyli czyste niebo wkoło mnie) albo miłość totalną. Czyli czyste niebo wkoło mnie.
Proszę o wybaczenie, jeśli nic nie zrozumieliście.
{Savage Garden - “Truly Madly Deeply” (acoustic live)}


