Wiosna w państwie powszechnego dobrobytu
Wiosna pełną gębą ogarnęła kraj, w którym nawet kaczki mogą mieszkać na osiedlu studenckim…
]
…i nawet koty mogą stołować się w restauracji Wook w łódzkiej Manufakturze:

Wiosna pełną gębą ogarnęła kraj, w którym nawet kaczki mogą mieszkać na osiedlu studenckim…
]
…i nawet koty mogą stołować się w restauracji Wook w łódzkiej Manufakturze:

Karol Szafrański. Żonaty.
Szczerze? Nie czuję potrzeby robienia niesamowicie wylewnych opisów tego, co działo się 12 kwietnia 2008, trochę wcześniej i trochę później. Może kiedyś poświęcę więcej miejsca refleksji o tym, że wreszcie świat wskoczył mi na właściwe miejsce. Bo jestem mężem kobiety, którą kocham. I napełnia mnie to przeogromnym spokojem i nadzieją oraz wdzięcznością dla Pana, który mnie nią obdarował. Albo o tym, że noszę w sobie poczucie porażki, jeżeli chodzi o kształt wesela. bo noszę, ale skoro się udało, to może nie będę tego publicznie roztrząsał…
Tak na zimno i bez emocji? To wyobraźcie sobie Karola, który z emocji właśnie zapomina na własnym weselu PINu do własnej komórki. Ten Karol, który normalnie w środku nocy wyrecytuje wam szereg potęgowy dwójki do dwudziestej włącznie, a co rano po wejściu do biura i odpaleniu służbowego kompa wpisuje sześć różnych haseł. O nie, nie było na spokojnie i bez poruszeń. Szczególnie w ostatnich kilku godzinach przed “godziną zero”…
Najważniejsze… nie wesele i nie goście, choć cieszymy się z ich obecności i prezentów. I z serca dziękujemy i księdzu, który bardzo mądrze, ciepło i z oddaniem poprowadził ceremonię, i rodzinie, i Justynie i Olkowi, i znajomym, którzy pofatygowali się na ślub, i Lili za psalm, i w ogóle wszystkim, którzy byli z nami (cieleśnie bądź duchowo i modlitewnie) bądź pomogli nam w organizacji przebiegu uroczystości.
Najważniejsze… stało się 12 kwietnia i dzieje się nadal, każdego dnia - między Wiolą, mną i Panem Bogiem w Trójcy jedynym, który zgodnie z przysięgą niech nam dopomoże wytrwać w miłości, wierności i uczciwości aż do końca naszych dni. Amen.
Uwierzcie mi, nawet nie przypuszczałem, że od środka będzie to wszystko tak piękne. Nie znałem mocy łaski sakramentu, któregośmy sobie udzielili (tak, tak, ślubu udzielają sobie małżonkowie nawzajem przed Bogiem, ksiądz tam tak naprawdę tylko asystuje, jakby ktoś nie wiedział…). Czysta wdzięczność, czysty zachwyt i czysta błogość… wszystko nowe i wszystko czyste…
Czemu od 13 kwietnia nie napisałem o tym wszystkim setki nie wiadomo jak długich postów? Bo po powrocie z pracy/wydziału wolę spędzać czas z żoną i dzieckiem, które nosi pod sercem, a korespondować z nią przez bloga nie muszę. Bo sprzątam i zmywam, kiedy ona śpi (a szybko się męczy) albo sam odsypiam. Albo po prostu siedzimy czy leżymy przytuleni, rozmawiając, śmiejąc się czy słuchając razem muzyki. Albo robimy… różne inne rzeczy właściwe małżeństwom :P Blog nie zając. Czytelników proszę o wyrozumiałość.
Nowa droga i zupełnie nowy rozdział w życiu.
Karol Szafrański. Żonaty.
Czegóż nam więcej potrzeba?… :)
Turbo Delphi mi się zachciało…
ZIP. W ZIPie ISO. W ISO instalator, będący w rzeczywistości archiwum SFX. Panowie z Borlanda, nie przeginacie czasem z tym pakowaniem?
A w ogóle cała ta durna procedura rejestracyjna… Za co lubię wolne oprogramowanie? Tam jak już się walczy, to z problemami technicznymi, co uczy i rozwija, a nie z durnymi wymysłami co do kluczy licencyjnych…
___
Yyy… czas? Aaa, to jest to, co kiedyś miałem, a teraz kompletnie nie wiem, skąd wziąć?
Bezdech, bo nie ma kiedy odetchnąć. Bo albo Asseco, albo uczelnia, albo setka innych spraw.
Bo wystarczy jednego dnia zapomnieć o lekach i już płuca wszczynają strajk ostrzegawczy. A że żadnego Kaczyńskiego z zagłuszarkami z ABW pod ręką nie ma, to jest problem.
Bo powietrze suche jak pieprz, a śluzówka przez to taka sama. A całości dopełnia przeziębienie.
***
Pewnie się znajdą tacy, których oburzą te dwa słowa: jestem szczęśliwy.
I nie zamierzam być nieszczęśliwy. I nie usiądę i nie zacznę rozpaczać. Ani nad sobą, ani nad swoim życiem, ani nad niczym innym. Choćby nie wiem, jak właściwe się to wydawało (bynajmniej nie mnie).
Bo szkoda czasu i życia.
Wszystko się zaczyna klarować. Organizacyjnie, bo kwestie podstawowe klarować się nie musiały. Bo kocham, bo chcę, bo wierzę, bo ufam. Bo nie jesteśmy i nie będziemy sami. A dobrym ludziom dzięki za dobre słowa i chęć pomocy i niech Bóg wam wynagrodzi.
***
Z niedoboru kontaktu z muzyką może bierze się, że człowieka wzruszy nawet Patrycja Markowska…
Niniejszy wpis jest odpowiedzą na post Mateusza, który wtrąca się - ku mojemu delikatnemu, pozytywnemu zdziwieniu - spokojnie i konstruktywnie. A skoro napisał publicznie, co napisał, toteż mu publicznie odpowiem. Tu, bo widoczniej, poza tym mylog w konserwacji nocnej nie daje opublikować komentarza.
Kamieni się spodziewałem. Niech lecą. Nie dziwię się.
Wiolę pewnie zaboli, że lecą we mnie. Tylko o to chodzi i to o to się martwię. Bo mnie mogą dosięgać - mężczyzna istota gruboskórna, kamieni się nie boi. Byle tylko ona nie płakała przez to, jak przy poprzedniej Burzy. Bo z nią płakać będzie dziecko. A tego nade wszystko nie chcę.
Czy ja się usprawiedliwiam? Na pewno.
Czy popełniłem błąd? Zdecydowanie. Niejeden.
Zawiedli się na mnie? Na pewno.
Mogą mnie nazwać żałosnym zaprzeczeniem samego siebie, jeśli będą chcieli. A mnie zostanie im przytaknąć.
Od Węcławskiego odróżnia mnie to na przykład, że w żadnym razie nie wyobrażam sobie odstąpienia od Kościoła, wręcz przeciwnie. Oraz skala zdecydowanie.
Węcławski zwątpił w Kościół. Ja poszedłem do Kościoła i Kościołowi w osobie proboszcza oświadczyłem, że chcę zbudować rodzinę temu dziecku. I chcę Boga w tej rodzinie.
Wiem, że już jestem tatą. Wiem, od kiedy. Co dzień się tego uczę.
To o ściganiu było żartem - takim sobie, przyznaję.
Nie masz chyba czego zazdrościć tak naprawdę. Wolę nie zastanawiać się, czy czasem nie zazdroszczę Tobie. I tak mało mam czasu na zastanawianie nad setką dużo bardziej przyziemnych rzeczy, które na mnie teraz czekają. To dlatego też staram się nie myśleć i nie pisać o tym kategoriami “patrzcie, jak spaprałem sprawę, patrzcie, jak przeczę sam sobie, patrzcie, jaki ze mnie hipokryta, patrzcie…” itd. Nie mam komfortu psychicznego w postaci czasu na porządne objechanie się i tłumaczenie sobie jak bardzo dałem ciała. Na żal za tym, co straciliśmy bezpowrotnie, na wyrzucanie sobie, co zaprzepaściłem. Mając ograniczone ilości sił fizycznych i psychicznych muszę w błyskawicznym tempie przygotowywać się do ojcostwa, być większym niż kiedykolwiek wsparciem i podporą dla Wioli, załatwić milion spraw w różnych urzędach i instytucjach rozsianych po województwie i nie wypaść przy tym wszystkim z ról studenta dziennych (sesja trwa, siedem egzaminów) i pracownika firmy. Mam problemy z zasypianiem bo mam w głowie kalkulator zestawiający moje własne dochody z pensji, stypendiów i całej reszty z szacowanymi kosztami utrzymania nas trojga. No zwyczajnie nie mam już sił i czasu na wielkie przeżycie żalu (nie wspominając o refleksjach typu co by było w czasach ST) - niech mnie za to kamienują, że nie mam. Może i dlatego nie widać po moich postach wielkiego żalu. Skupiam się na radości i nadziei, bo mnie napędzają, bo żal nie da mi sił a tylko pogrąży w marazmie. Marazmu teraz boję się przeraźliwie. Może to źle, ale nie będę się nad tym teraz zastanawiał. Wybaczcie mi, że nie pozwolę sobie teraz na załamywanie się.
Odgadłeś mnie poniekąd w wielu aspektach. Wyszło Ci niezłe studium mojej hipokryzji, tudzież niekonsekwencji tudzież… sam nie wiem. Cokolwiek powiem, tak czy siak zabrzmi jak próba usprawiedliwiania się nie wiadomo przed kim. Więc może już zamilknę. Dziękuję za danie mi do myślenia. I niech Bóg ma w opiece tych, którzy przejdą kryzys uświadomiwszy sobie, że Karol jest człowiekiem grzesznym. Że Karol nie umiał (powiecie, że nie chciał, nazywajcie jak chcecie) żyć tym, co głosił.
Słusznie robisz, nie mówiąc mi, co powinienem. Generalnie unikanie tego chyba jest zwykle najwłaściwsze.
Za modlitwę dziękuję. Także w imieniu śpiących teraz parędziesiąt kilometrów ode mnie Wioli i dziecka.
Bez odbioru.
Przelatuję myślą przez zeszły rok i nadziwić się nie mogę temu, w jakim tempie potoczyły się wydarzenia.
Rok temu moja bardzo dobra koleżanka, przyjaciółka prawie, bardzo potrzebowała mojego wsparcia… znacie resztę tej historii, prawda? Dziś jest najważniejszą kobietą mojego życia.
Z tamtych dni, z końca lutego i początków marca zeszłego roku pamiętam bardzo specyficzne wrażenie. Wrażenie, które chyba najlepiej da się opisać określeniem Nowa Nadzieja. Takie wewnętrzne przeczucie, że zaczyna się coś wielkiego, ważnego i pięknego. Początek nowej drogi. I choć nie wiadomo dokładnie, gdzie nas ta droga zaprowadzi, to prowadzi w dobrą, właściwą stronę.
Oczywiście nie obyło się bez potknięć, zawodów, porażek, rozczarowań. Sporo dowiedzieliśmy się o tym, co potrafimy, czego nie potrafimy, czego chcemy a czego w żadnym razie nie. Ale wrażenie pozostało. Droga mimo wszystko właściwa i kolejne kroki za nami.
Dokładnie to samo ma we mnie miejsce teraz. Czuję, że zaczyna się coś dobrego i ważnego. I to będzie dalece większe i poważniejsze, niż wszystko, co miało w moim życiu miejsce kiedykolwiek wcześniej.
I pojęcia nie macie, jak się z tego cieszę.
12 kwietnia 2008 o 16.00 w kościele Najświętszej Maryi Panny w Tomaszowie Mazowieckim powiemy sobie “tak” przed Panem Bogiem. A na początek września planowane jest przyjście na świat naszego pierwszego dziecka:)
Służba prasowa bloga yoozeq.wordpress.com poinformowała w dniu dzisiejszym o godzinie 18:20 o bezterminowym zawieszeniu prowadzenia bloga. Odmówiono przy tym komentarza i nie podano jakiegokolwiek uzasadnienia przyczyn tej decyzji.
___
Nie chce mi się. Nie mam czasu ani siły, o życiu wewnętrznym pisać tu nie będę z przyczyn, których nie mam zamiaru ani obowiązku tłumaczyć, techblogi niech piszą ci, którzy mają kiedy (jak ja im zazdroszczę czasu na gmeranie), całą resztę zostawmy. Może po prostu wyrosłem z pewnej konwencji, a nie skrystalizowała się jeszcze nowa.
Sensu kasowania nie widzę, zresztą nie robiłem tego nigdy. Najwyżej wszystko będzie się powoli przykrywało coraz większą warstwą cyfrowego kurzu.
Strona Kontakt działa i jest aktualna - w każdej sprawie prócz próśb o uzasadnienie mojej decyzji.
Pozdrawiam wszystkich czytelników stałych i niestałych - do przeczytania gdzieś, kiedyś, może.
Episode one, moje biuro:
Szef: Karol, zadzwoń do banku w P., coś chcieli od nas i ponoć mieli problemy z kontaktem.
[5 minut później]
mówię wiceprezesce banku w P. : Wie pani, jeśli o tę sprawę chodzi, to lepiej zorientowana będzie pani J. S. i z nią proszę się kontaktować. (w rzeczy samej w firmie to J.S. powinna wiedzieć takie rzeczy, o jakie pyta pani prezes, nie ja).
[5 minut później próbuję dogadać sprawę z J.S. osobiście]
J.S. No, oni [oni - w sensie pani wice] dzwonili do mnie i odesłałam ich do ciebie…
_____
Episode two, bank *****, filia w Łodzi:
Ja: Chciałbym zerwać e-lokatę przez internet. Czy to się w ogóle da zrobić?
Pani: Przez internet nie, proszę spróbować przez serwis telefoniczny, albo ewentualnie zapytać w oddziale, chociaż też nie wiem, czy tam już cokolwiek wiedzą…
[5 minut później]
Konsultantka w serwisie telefonicznym: Musi pan zerwać lokatę w oddziale…
Przejrzyjmy migawki z ostatnich czasów…
Trochę strachu. Coraz mniej.
Mam tylko nadzieję, że czego by nie przyniosła przyszłość, będę sobą i nie dam się porwać prądowi rzeczywistości. Że nie będę szedł sam ze sobą na kompromis.
Świat się zmienił delikatnie. Nie tylko dlatego, że jedenaście dni temu zmieniła się cyferka w roku. I może się zmienić daleko bardziej.
I wiem tylko, że chcę zostać sobą. W tym czasie, w którym mam mało czasu i miejsca dla siebie samego. Szukać cały czas w tym wszystkim Boga, miłości (wiem, powtarzam się, Miłość wymieniłem pierwszą), sensu i ładu.
I naprawdę jestem ciekaw, jak to wszystko będzie wyglądało za dwa lata.
Bo oczywiście nie opuszcza mnie moje permanentne przekonanie, że będzie dobrze. Że sobie poradzimy i ze światem, i z najbliższym otoczeniem i ze sobą…
Dookreślenie. Parę bardzo istotnych rzeczy nazwanych jasnymi i bezdyskusyjnymi słowami, ujętych w wielkie litery.
Bardzo nieprzyjemne w brzmieniu i drażniące słowa, powtarzające się w opisach na IM oraz rozmowach: sesja, kolokwium, projekt, egzamin…
Cholernie chciałbym jednak mieć już te studia za sobą.
Migawka z chwili obecnej:
Powietrze przesycam świetnymi dźwiękami (L.U.C & Rah feat. Maria Peszek & PMX - Hemoglobina, podziękowania dla Młodego za ten kawałek). Doprawiam smakiem Lipton Taste of London. I te nuty wraz z teiną czynią atmosferę tego pokoju… hmm… delikatnie niesamowitą.
Przez ostatnie cztery dni czas był jakoś kompletnie zakrzywiony, może nawet stał. I w tym momencie mam koszmarnie rozjechaną synchronizację. Jedno wielkie cogdziekiedyjak w głowie.
Chciałbym zatrzymać czas, a potem spokojnie się wyspać i przemyśleć parę rzeczy.